Uaktualniłam tablicę ogłoszeń.
Mam nadzieję, że ktoś zajrzy.
Erica
wtorek, 23 lutego 2016
sobota, 1 sierpnia 2015
XI, cz II: Rinnie
- Coś, o czym
nie wiem? – Rin spojrzała na niego ze zdziwieniem. – Co parę dni pojawia się
coś, o czym nie wiem.
- Twoje przeczucia są czymś więcej niż efektem nabytego instynktu.
To jest intuicja, rzadka, wspaniała zdolność, której mógłby ci pozazdrościć
niejeden czarodziej, nawet wróżbita.
- Ale...
- Erico – powiedział dyrektor łagodnym tonem. – zwierzęta potrafią
wyczuć czyjąś obecność, intencje czy bliskie zagrożenie. Te cechy istotnie mogą
być efektem eksperymentu twojego ojca. Ale pomyśl, czy zwierzę umie poznać, że
ktoś jest zły? Że jakaś moc jest potężna, ze coś grozi komuś innemu? Ze
niebezpieczeństwo ciąży szczególnie nad jedną osobą?
- Ale panie profesorze... większość tych... nabytych cech
nie jest dokładnie taka, jak u zwierząt. Choćby oczy... Zwierzęta nie regulują
wielkości źrenic...
- Tak, ten argument faktycznie mógłby przemawiać za przypisaniem
tej umiejętności mutacji, ale nie wiesz o jednej rzeczy, Erico. – zaczął
dyrektor, patrząc jej w oczy tak poważnie, że zadrżała. – Czy twój ojciec mówił
ci kiedykolwiek, jak zginęła twoja matka?
W
twarzy dziewczynki coś drgnęło, jakby ktoś przekręcił nóż, tkwiący w otwartej
ranie. Kiedy się odezwała, jej głoś był trochę cichszy niż zwykle i
przytłumiony.
- Zabili ją słudzy Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, kiedy
szukali ojca.
- A czy wiesz, gdzie ty wtedy byłaś?
- Nie – bąknęła zaskoczona. – Pewnie gdzieś... w ukryciu.
- U niej na rękach. – poprawił dyrektor ze smutnym uśmiechem. Oczy
Erine rozszerzyły się w szoku, ale czarodziej kontynuował. – Jakoś udało jej
się ukryć ciebie pod peleryną, i kiedy twój ojciec was znalazł, oddała mu cię
pod opiekę. Wiesz, nad czym wszyscy się zastanawialiśmy, kiedy o tym
usłyszeliśmy? Jakim cudem czteromiesięczne dziecko nie zaczęło płakać, słysząc
hałas uroków, wrzasków obcych mężczyzn i krzyków katowanej matki?
- To niemożliwe... – wykrztusiła, walcząc ze łzą, kręcącą się w
kąciku. – To nie jest możliwe.
- Jest, jeżeli założymy, moim zdaniem całkowicie słusznie, że
wrodzona intuicja podpowiedziała ci, co zrobić, by zwiększyć szansę
przetrwania.
- Czyli... – przełknęła ślinę. – umiałam to... miałam tę intuicję
jeszcze przed mutacją?
Profesor z powagą skinął głową.
- Czy teraz mogę cię poprosić o pomoc? Od twoich ostrzeżeń może
zależeć więcej niż bezpieczeństwo Harry’ego. Pomożesz nam, Erico?
-
Tak. Oczywiście, że tak.
*
- Jak on się czuje?
Rin i Hermiona siedziały przy
kominku w Pokoju Wspólnym Gryfonów. Było ciepło, więc nie palił się w nim
ogień, ale nadal było to najprzytulniejsze miejsce w salonie. Parę siedzeń
dalej Ron grał w szachy z Percym, który pękał z dumy, odkąd dowiedział się o
roli brata w ratowaniu kamienia filozoficznego.
- Nie wiem. Nadal nas do niego nie wpuszczają. Ale podobno się
obudził i profesor Dumbledore był u niego.
- To dobrze. Jutro uczta, wręczenie Pucharu Domów... pewnie nie
chciałby tego przegapić. Wystarczy, że przespał finał pucharu quiddicha, Fred i
George przeżywali tę porażkę, jakby zmarł im ktoś z rodziny.
- Pewnie będzie czuł się winny. – westchnęła Hermiona. – Straciliśmy
bardzo dużo punktów, a on jeszcze opuścił taki ważny mecz.
- I uważasz, że pomyśli, że to przez niego straciliśmy puchary?
Uratował szkołę! To chyba więcej warte? A punkty traciło mnóstwo osób, choćby
bliźniacy. I raczej nikt nie zdobył tyle, co ty.
Hermiona lekko się zarumieniła.
Nagle zapragnęła zmienić temat. Delikatnie ujęła dłoń przyjaciółki.
- Nic im nie powiem. Ani, że wiedziałaś, ani, że ostrzegłaś
profesora, ani nie zdradzę twojej tajemnicy. Chyba, że kiedyś mnie o to
poprosisz.
Wargi Erine rozciągnęły się w
delikatnym, pełnym wdzięczności uśmiechu. Lekko ścisnęła rękę Hermiony.
- Dziękuję. – wstała z fotela i przeciągnęła się. – Miejmy
nadzieję, że pani Pomfrey wypuści Harry’ego przed ucztą.
Następny
wieczór nadszedł w mgnieniu oka. Wielka Sala wyglądała dziwnie, pełna uczniów w
szpiczastych tiarach, których na co dzień nikt nie nosił. Dodatkową anomalią
były wiszące wszędzie szmaragdowozielone proporce Slytherinu i pyszniące się za
stołem nauczycieli srebrno-zielone godło, przedstawiające węża. Tylko Ślizgoni
byli tak samo napuszeni i drwiąco uśmiechnięci jak zawsze.
Gryfoni
siedzieli, przygnębieni porażką, jaką było dla nich ostatnie miejsce w
klasyfikacji domów, ale robili, co w ich mocy, by dzielnie nie dać nic po sobie
poznać. Bliźniacy Weasley dawali nawet radę dowcipkować ze swoim przyjacielem,
Lee Jordanem, przechylając się przed nosem siedzącej między nimi dziewczynki.
Chociaż Rin zwykle była częścią ich wesołych i hałaśliwych pogaduszek, tym
razem siedziała cicho i nikogo to nie dziwiło. Ale tak naprawdę nie opłakiwała
przegranej Gryfonów w potyczce o Puchar Domów, siedząc w milczeniu, ze
spuszczoną głową i rękami założonymi na piersi. Czekała.
Po
jakimś czasie usłyszała to, czego oczekiwała, zanim zostało zagłuszone przez lawinę
szeptów, szturchnięć i innych hałasów, gdy wszyscy ich spostrzegli. Jej oczy,
nie widoczne dla nikogo pod kurtyną włosów, rozbłysły srebrzyście, otwierając
się, gdy jej usta wykrzywiły się w uśmiechu. Uniosła twarz i spojrzała w
kierunku drzwi, przez które weszła trójka przyjaciół. Uśmiechnęła się szeroko
do Hermiony, gdy prawie wszyscy rzucili się witać Harry’ego. Poklepywanego ze
wszystkich stron, wciąż nieco oszołomionego po wyjściu ze szpitala chłopca
przyjaciele poprowadzili do stołu. Gdy zajęli miejsca, Erine, siedząca kawałek
dalej, wychyliła się zza rudzielców.
- Witaj z powrotem, Harry. – uśmiechnęła się i schowała za
Georgem, zanim miał szansę jakoś odpowiedzieć. Nie miał bladego pojęcia, w
jakim stopniu właśnie jej zawdzięczał, ze wciąż tam siedział.
- Nagradzam dziesięcioma punktami
Neville’a Longbottoma.
Głos dyrektora nie zdążył jeszcze
dobrze wybrzmieć, gdy Gryfoni podnieśli ogłuszający wrzask. Oczywiście,
wrzeszczeli już od paru chwil, słuchając, jak utracony puchar zbliża się do
nich bardziej i bardziej, i kiedy wreszcie należał do nich, srebrno-zielone
dekoracje zmieniły się w złoto-czerwone, a wąż w lwa, ich krzyki osiągnęły
apogeum.
Rinnie, nadal wrzeszcząc i
skacząc, spojrzała w stronę, gdzie nauczyciele z większym lub mniejszym zaangażowaniem
oklaskiwali ich zwycięstwo. Przyznając ostatnie punkty, dyrektor przeniósł na
moment wzrok z Neville’a na nią i wiedziała, że nagrodził nimi wierność i
odwagę ich obojga. Odnalazła jego przenikliwe niebieskie oczy i leciutko
skinęła głową. Profesor uniósł kąciki ust w uśmiechu. Dziewczynka wyszczerzyła
się szeroko, po czym znów zaczęła wiwatować.
*
Koła
pociągu delikatnie stukały o tory. Za oknami przewijały się nieznane
krajobrazy, a z komina buchał gęsty obłok białej pary.
Erine znów zajmowała pusty
przedział, tym razem jednak bliźniacy i Lee, siedzący z kolegami z klasy,
wpadali co jakiś czas, wprowadzając nieopisany chaos i wywołując uśmiech na jej
twarzy. Hermiona też zostawia na chwilę Harry’ego i Rona, żeby odwiedzić ją na
kilka minut.
Od
dłuższego czasu siedziała sama, skulona przy oknie, i zastanawiała się, co ją
czeka. Gdy udało jej się spytać o to profesora Dumbledore’a, powiedział jej
tylko, że ma się nie martwić, co w najmniejszym stopniu nie rozwiało jej obaw.
Drzwi przedziału skrzypnęły cicho
przy rozsuwaniu.
- Nie wydajesz się szczególnie podekscytowana. – powiedziała
Parvati, wchodząc i zamykając za sobą wejście. Usiadła naprzeciwko Rin,
odrzucając na plecy gruby, czarny warkocz.
- Na moim miejscu też byś nie była. – wyszeptała Erine, odwracając głowę
w stronę dziewczyny. Obejmowała ugięte nogi, opierając brodę na kolanach.
Parvati spuściła wzrok i zaczęła się bawić włosami.
- Ale dyrektor kazał ci się nie martwić. On nigdy nie rzuca słów
na wiatr.
- Ostatecznie to tylko dwa miesiące. Jakoś dam sobie radę.
- Och, przestań, Rinnie. – Parvati zerwała się z miejsca i siadła
obok niej, pocieszająco kładąc jej rękę na ramieniu. – Nie wierzę, że profesor
Dumbledore zostawiłby cię tam całkiem samą.
- Myślisz? – spytała Rin, opierając policzek na kolanie i
spoglądając w oczy drugiej Gryfonki.
- Tak. Tak właśnie myślę. – odparła przyjaciółka, z ciepłym
uśmiechem mierzwiąc jej i tak sterczące we wszystkie strony ciemnozłote włosy.
Podniosła się z siedzenia. – Pójdę już.
Lavender zaraz zacznie mnie szukać, a wiesz, jaka ona bywa. Pa, Rinnie! –
pomachała jej od przesuwanych drzwi przedziału.
- Do zobaczenia...
Peron 9 ¾
na dworcu Kings Cross w Londynie był dosłownie zapchany ludźmi. Pierwsi
uczniowie, którzy wysypywali się z pociągu, mieli poważny problem, żeby przejść
dalej i zrobić miejsce następnym.
Erine
uznała, że to dobra chwila, by zacząć się szykować do puszczenia wagonu. Ledwie
wstała z siedzenia, usłyszała delikatne postukiwanie w szybę w drzwiach. O
framugę opierał się Lee Jordan. Wyszczerzył białe zęby i wszedł.
- Przyszedłem pomóc ci z kufrem. – wyjaśnił z uśmiechem.
- Poradzę sobie, jestem tak samo silna jak ty. – odpowiedziała,
zadziornie przechylając głowę. Z czasem okazało się, ze gdy bliźniacy mieli
częściowo wyjaśnić przyjacielowi tajemnicę Erine, z rozpędu powiedzieli mu
wszystko, nadal jednak nie widział niczego na własne oczy. Nie żeby któremuś z
nich to przeszkadzało.
- Fakt. Ale jesteś mniejsza. – odparł, dosięgając półki bagażowej
o wiele łatwiej, niż jej by to przyszło. Rin wyciągnęła dłoń, czekając, aż
chłopak przekaże jej rączkę kufra, ale zamiast tego ruszył do wyjścia.
- Hej, czekaj, Lee! Poradzę sobie! – zawołała, doganiając go.
- Nie ma mowy. Jeszcze nam tu zapoczątkujesz ruch feministyczny. –
puścił jej oczko.
Dziewczynka przewróciła oczami.
- A tak serio, o co chodzi? – spędzała za dużo czasu z naczelnymi
kawalarzami Gryffindoru, by nie rozpoznać kolejnej gierki.
- Kiedy ja przenoszę twój kufer, bliźniacy zajmują się moim. A
twój jest lżejszy. – wyszczerzył zęby, znosząc jej bagaż ze stopnia pociągu,
tym razem pozwalając sobie pomóc. Kiedy się wyprostowali, Erine już otwierała
usta, żeby mu podziękować, gdy jej wzrok padł na grupkę rudzielców ledwie kilka
kroków dalej. Uśmiech w jej oczach lekko przygasł, kiedy przez głowę
przeleciało jej tysiąc myśli.
Rodzina. Taka duża rodzina. Ja nie mam tak dużej rodziny.
Nie mam właściwie żadnej rodziny. Wszyscy mnie zostawili. Zostałam sama.
Ich mama się uśmiecha. Jak pięknie. Moja mama nie żyje.
Do mnie nikt się tak nie uśmiechnie.
Jest ich tylu. Nie znają mnie. Nie wiedzą, czym jestem.
Jeżeli się dowiedzą, zabronią im się ze mną spotykać. Jestem potworem. Jestem
sama.
Uciekać.
Uciekać, uciekać, uciekać...
Półświadomie złapała uchwyt kufra
i zrobiła krok w tył. Półtora kroku...
- Rinnie!
Zamrugała, wynurzając się z
otchłani mrocznych myśli, żeby zobaczyć wyszczerzone w identycznych uśmiechach
zęby bliźniaków. Za nimi ich rodzice patrzyli na nią z uprzejmym
zainteresowaniem. Poczuła, jak cała krew odpływa jej z twarzy. Przed chwilą
panikowała, że ją odrzucą przez to, czym jest. Teraz była przerażona, że
jej nie polubią. Sama nie była pewna, co byłoby gorsze.
Wzięła
głęboki oddech i odgarnęła włosy z twarzy, modląc się, by w elektrycznym
dworcowym świetle jej oczy wyglądały tak normalnie, jak to możliwe. Zrobiła
trzy kroki do przodu, stając na równi z Fredem i Georgem. Podszedł do nich Lee,
zabrała od Freda swój kufer i przywitał się z ich państwem Weasley. Wtedy Rin
zorientowała się, że cały czas stał za nią, z drugiej strony jej kufra. Nie
zostawił jej samej. Już nigdy nie będzie sama.
Uśmiechnęła się szeroko i tak
pogodnie, jak chyba nigdy wcześniej.
- To jest właśnie Rinnie, mamo. O wilku mowa. – powiedział George,
kładąc jej rękę na ramieniu i mrugając do niej. Prawie się uśmiechnęła. Prawie.
- Dzień dobry, Rinnie. – powiedziała mama bliźniaków, uśmiechając
się do niej uprzejmie. Dziewczyna uznała, ze pora wyjaśnić parę rzeczy.
- Dzień dobry, pani Weasley. Właściwie mam na imię Erine, ale
kiedy większość osób zaczęła mnie nazywać Rin, chłopaki uznały ze to za mało
zdrobniałe.
Uśmiech pani Weasley stał się po
matczynemu znużony.
- Oni zawsze przesadzają...
- Och, to wcale nie był najgorszy z ich pomysłów. – zrobiła
udawanie załamaną minę, przypominając sobie inne propozycje chłopców, a uśmiech
ich matki był już zwyczajnie serdeczny. W tym momencie z pociągu wytoczył się
Ron z Harrym i Hermioną, więc uwaga kobiety przeniosła się na najmłodszego syna
i jego przyjaciół. Tymczasem Lee zniknął w tłumie, gdzie zauważył swoich
rodziców, wrzeszcząc po drodze, że wróci się jeszcze pożegnać.
- Więc jesteś w pierwszej klasie, Erine, tak?
- Tak, proszę pana.
- To trochę dziwne, że zaprzyjaźniłaś się z Fredem i Georgem, a
nie z Ronem, skoro jesteście na jednym roku... – Spojrzenie pana Weasleya było
bardziej zdziwione, niż badawcze.
- Hmm... mam kuzyna w wieku Freda i George’a, w dzieciństwie
byliśmy sobie bardzo bliscy. Może to dlatego. – uśmiechnęła się. Właściwie to
była prawda. Bliźniacy zaopiekowali się nią prawie jak starsi bracia. A nie
było potrzeby dodawać, że Ron chyba za nią nie przepada.
- Powinniśmy się już zbierać. Kto cię odbiera, Erine?
Przełknęła ślinę. Od odpowiedzi
wybawił ją powrót Lee Jordana, którego rodzice również ponaglali już do wyjścia,
więc przeciskał się przez tłum, żegnając tych kolegów, do których zdołał się
dopchać.
- Piszcie do mnie, chłopaki, bo zanudzę się na śmierć. Ty też
napisz, Rin. – błysnął zębami w uśmiechu, ściskając dłoń George’a.
- Jeśli tylko będę mogła. – jej uśmiech wyszedł dość krzywo.
Musiałaby chyba rozstawiać pułapki na sowy, żeby móc cokolwiek wysłać.
Właściwie, może na strychu...
Tymczasem Fred całkowicie ją
zaskoczył. Zamiast, jak się spodziewała, rzucić jakąś dowcipną uwagę i poklepać
ją po włosach czy po ramieniu, zrobił krok w jej stronę i przytulił.
- Uważaj na siebie, Rinnie. Będziemy tęsknić.
- Ja za wami też. - uśmiechnęła się, zarzucając mu ramię na szyję.
Po chwili Fred się odsunął, żeby
dopuścić do niej George’a, który też ją objął i kazał obiecać, że będzie
niegrzeczna. Zachichotała i pacnęła go dłonią w łopatkę.
Państwo Jordan
zaczęli się niecierpliwić i nawoływać syna, więc Lee nie czekał na swoją kolej
i tylko potargał jej włosy, zanim rudzielec ją puścił, poczym odbiegł,
obiecując pisać.
Słysząc to, Rin oderwała głowę od
ramienia George’a.
- To on umie pisać? – zamarkowała zdziwienie. Bliźniacy wyszczerzyli
zęby, a potem każdy chwycił swój kufer, załadował go na wózek bagażowy, a potem
wrzucili na kolejny jeszcze jej bagaż. Następnie całą rodzina ruszyła w stronę
przejścia na mugolską część dworca.
- Jest fajna, lubię ją. – usłyszała głosik Ginny, siostry
Weasleyów, idącej za rękę z Fredem. Chłopak odwrócił głowę i puścił jej oczko.
Pomachała mu. Kilka metrów dalej zauważyła niesforną fryzurę Hermiony i jej też
pomachała. Bliźniaczki Patil opuściły peron w towarzystwie rodziców kilka minut
temu, więc nie miała już z kim się żegnać.
Nagle ogarnęło
ją uczucie przeraźliwej pustki. Mimo, że stała w tłumie ludzi, już od dawna nie
czuła się tak przeraźliwie samotna.
No trudno. Pora iść do domu.
Wsadziła dłoń
do kieszeni kurtki, by przeliczyć mugolskie drobne, które zostały jej z
września. Potrzebowała biletów na metro i autobus na przedmieścia, ale zanim
zdążyła wyjąc monety, czyjeś dłonie zasłoniły jej oczy i zastygła bez ruchu.
Tylko jeden człowiek był w tanie tak ją podejść. Ale to nie było możliwe. On
nie mógł tu być. Obróciła się, stając z nim twarzą w twarz.
- Iwan.
##################
Tadaaam!
Prawie w terminie:)
Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Postaram się opublikować kolejną część w sierpniu.
O postępach lub ich braku będę informować,
o przewidywanej dacie publikacji również.
Proszę o opinie, wytknięcie błędów i dziękuję za czytanie :)
Pozdrawiam,
wyjątkowo mało spóźniona Erica :D
wtorek, 30 czerwca 2015
XI, cz I: Harry
Erine siedziała po
turecku na swoim łóżku, wpatrując się w blady sierp księżyca na granatowym,
nocnym niebie. Chociaż nie było pełni, nie mogła spać. Martwiła się o
przyjaciółkę.
Hermiona, Ron
i Harry zawsze wtykali nosy w nie swoje sprawy, a teraz chodziło o coś dużego.
Westchnęła. Nie chciała ich podsłuchiwać, naprawdę. Po prostu rozmawiali tak
cicho, że nikt nie mógł ich usłyszeć. Oprócz niej. Ale poza Hermioną żadne z
nich nie znało jej tajemnicy, więc nie wiedzieli, że powinni szeptać jeszcze
ciszej. A teraz Rin wiedziała co knują. Ale nie wiedziała, jak wybić
przyjaciółce z głowy poszukiwanie tego, czego pilnowało monstrum na trzecim
piętrze.
Ani kim jest
Nicolas Flamel. Nazwisko brzmiało dziwnie znajomo, jak gdyby już obiło jej się
o uszy, i w innych okolicznościach starałaby się odkryć dlaczego, ale teraz jej
to nie obchodziło. Myślała tylko, jak wyciągnąć Hermionę – nie, całą trójkę
– ze sprawy, przed którą instynktownie drżała mocniej każdego dnia.
Ale nie mogła
się przemóc, żeby z nią porozmawiać. Nie miała prawa mówić komuś, że to, co
robi, jest niebezpieczne. Przyjaźń z nią była niebezpieczna.
„Po prostu zaczekam na dobrą okazję.” – postanowiła, kładąc
się i zaciągając zasłonki.
Dobra
okazja nadarzyła się następnego dnia. Rin szukała w kufrze podręcznika do
transmutacji, kiedy do dormitorium wbiegła podekscytowana Hermiona.
- Rinnie, widziałaś tę książkę z biblioteki,
którą czytałam?
- Książkę? Którą? – zmarszczyła brwi.
Dziewczyna ciągle coś czytała.
- Tą... troszkę grubszą.
-A, mówisz o tej cegle. Koło twojego kufra,
pod łóżkiem. Machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, po czym na dobre
wynurzyła się spod wieka, ciskając zdobycz na swój materac. – Ale po co ci ona
teraz? – coś tu nie grało. I to bardzo.
- Ee... po prostu przypomniałam sobie, że
natknęłam się tam na coś ciekawego. I chciałam to przeczytać chłopakom. –
Hermiona uśmiechnęła się i, z opasłym woluminem pod pachą, ruszyła w stronę
drzwi.
- Coś ciekawego o Flamelu? – chociaż głos
Erine był niewiele głośniejszy od szeptu, Hermiona zatrzymała się nagle, jakby
natrafiła na opór. Odwróciła się na pięcie, napotykając jasnoszare oczy
patrzące na nią dziwnie.
- Skąd...
- Co wy robicie, Hermiono? – Rin zacisnęła
dłoń na nadgarstku koleżanki. – Co wy chcecie zrobić?
- Rinnie – Gryfonka spróbowała uwolnić rękę z
uścisku, który jednak okazał się o wiele silniejszy, niż mógłby się wydawać. –
nie zdradziłam chłopakom twojej tajemnicy. Nie mogę tobie zdradzić naszej.
- To się źle skończy, Mia... – twarz Hermiony
rozluźniła się na zdrobnienie, którego Rin używała jako jedyna.
- Damy radę, Rin. – uśmiechnęła się, a chwyt
na jej ręce zelżał, ale jeszcze się nie odwróciła, by odejść. – To co robimy...
szkoła może być zagrożona. I nie tylko. Ktoś zły może ukraść... –
Hermiona urwała, niepewna, czy nie zdradza za wiele.
- Coś strzeżonego przez wielkiego
śmierdzącego psa. Rozumiem. – Rin kiwnęła głową i przyjaciółki wyszczerzyły do
siebie zęby, zanim znów opanowało je nieznośne napięcie towarzyszące całej
sytuacji. – A ten Flamel? Co on ma do tego?
- Z tego, co mi się wydaje, całkiem sporo.
Muszę już iść, Rinnie. – Gryfonka uśmiechnęła się, usuwając nadgarstek z
uścisku.
- Uważajcie. – szepnęła jeszcze Rin,
ściskając dłoń przyjaciółki, zanim całkiem ją puściła.
Stała
tak jeszcze przez chwilę, patrząc na zamykające się drzwi i próbując
poskładać fakty.
Na trzecim piętrze, w zamkniętym
korytarzu, wielki pies pilnuje czegoś, co według Hermiony może zostać
skradzione. I z czym ma coś wspólnego jakiś Flamel.
A w lesie jest coś, co sprawia,
że włoski na karku stają jej dęba, gdy tylko zbliży się do linii drzew.
Coś, co zabija jednorożce.
Coś, co rzuciło się na Harry’ego
w czasie szlabanu.
Nagle bardzo, bardzo źle się poczuła. Skuliła się na łóżku,
obejmując się ramionami i wciskając głowę w kolana, za wszelką cenę próbując
się ukryć przed złym przeczuciem, silnym, jak jeszcze nigdy w życiu.
*
Nie mogła
wytrzymać. Nie mogła słuchać jego głosu, jakby miliard szpilek przebijało jej
się przez uszy do mózgu, a część z nich opadała niżej, tworząc gulę w gardle i
kłując w serce. Kuliła się w ławce, wbijając tępe spojrzenie w turban profesora
obrony przed czarną magią, ignorując zaniepokojone szepty siedzącej obok
Parvati. Chociaż Erine bezpośrednio to nie dotyczyło, czuła, jak od wczorajszej
rozmowy cała ta sprawa ją niszczy. Wyprostowała się nieco, podnosząc rękę do
góry.
- Czy mogę wyjść, panie profesorze? – spytała
cicho, przerywając wywód nauczyciela. – Źle się czuję.
- O-oczywiście, idź d-do S-skrzydła
Szpitalnego. – wyjąkał Quirrel. Zgarnęła do torby swoje rzeczy i opuściła
klasę, ale tuż za rogiem zmieniła kierunek i ruszyła w kierunku gabinetu
dyrektora.
Wiedziała,
dokąd iść, odkąd była świadkiem, jak wyjątkowo wściekły Filch ciągnął tam za
uszy bliźniaków. Nie przewidziała jednak jednego, drobnego szczegółu.
Mianowicie tego, że strzegący wejścia kamienny gargulec zażąda od niej hasła.
Zrobiła zbolałą minę.
- Ale ja naprawdę muszę tam wejść... – jęknęła, patrząc
błagalnie na granitowe oblicze. Rzeźba prychnęła.
- Nie myśl sobie,
że weźmiesz mnie na litość.
Westchnęła i odwróciła się by
odejść, gdy nagle stanęła twarzą w twarz z profesorem Dumbledorem.
- Zgaduję, że chciałaś mnie widzieć, Erico. Czy zdarzyło się coś,
o czym powinienem wiedzieć?
- Nic. Znaczy, jeszcze nie. To znaczy... Uch. - przejechała dłonią po twarzy, po czym
spojrzała staremu nauczycielowi w oczy. Jej tęczówki zalśniły w półmroku. –
Muszę panu coś powiedzieć, musi pan obiecać, że dochowa tajemnicy. – jej
pewność siebie drastycznie malała pod jego nieodgadnionym wzrokiem. – Proszę,
panie profesorze. To ważne.
Dyrektor
kiwnął głową w spiczastym kapeluszu i ruszył w stronę pokoju nauczycielskiego.
Nie zaprzątając sobie głowy czemu idą tam, podczas gdy stoją tuż pod jego
gabinetem, Rin ruszyła za nim. Kilkanaście metrów od celu napotkali łopoczącą,
czarną pelerynę.
Dzień dobry, Severusie. Erine źle się poczuła na lekcji,
wolę ją odprowadzić do pani Pomfrey. – dyrektor uśmiechnął się uprzejmie do
mistrza eliksirów, Erine, zawsze blada, a od wczoraj zmagająca się z przytłaczającym
złym przeczuciem, przez co zbladła jeszcze bardziej, mogła śmiało stanowić
potwierdzenie słów starca.
Kiedy Snape
ustąpił im z drogi, ruszyła znów za dyrektorem, nawet nie zawracając sobie
głowy, czemu niektórzy używają jej dwóch imion dość dowolnie.
Zanim
jeszcze kroki nauczyciela ucichły do końca, Dumbledore otworzył drzwi, zajrzał
do środka, a następnie wpuścił dziewczynkę do środka. Wskazał jej jeden z
foteli i sam zasiadł w sąsiednim.
- Co się dzieje?
- Panie profesorze, część tego, co panu powiem, zostało mi
powiedziane w sekrecie, mimo, że ta osoba też miała zachować to w tajemnicy.
Więc jeżeli pan się czegoś domyśli, proszę nic nie mówić, ani nie robić, jeśli
nie będzie trzeba. – Nauczyciel kiwnął głową, zgadzając się. Wzięła głęboki oddech.
- Więc, ktoś uważa, że ktoś... – urwała i jęknęła. – Wiem, że to
brzmi idiotycznie, ale nie mogę... Tak czy inaczej, ktoś uważa, że ktoś zły
chce wykraść to coś, czego strzeże ten wielki pies. Niech pan tak na mnie nie
patrzy, czuję jego smród nawet piętro niżej. – usprawiedliwiła się,
błyskawicznie reagując na zdumienie w oczach czarodzieja, który w odpowiedzi
ledwo dostrzegalnie się uśmiechnął.
- Ale skąd wiesz, że czegoś pilnuje? – Oj.
- Przecież stoi na klapie. To znaczy... – zacisnęła oczy i uderzyła
się otwartą dłonią w czoło. Uch. – Proszę udać, ze pan tego nie słyszał. Nie
mogę powiedzieć, skąd to wiem.
Dyrektor z namysłem skinął głową,
mierząc ją surowym spojrzeniem. – Nie byłaś tam, Erico?
- Nie. Psy mnie nie lubią. – wzruszyła ramionami. Tymczasem
profesor przeniósł uwagę na inną sprawę.
- Dlaczego ten ktoś miałby być zły?
- Nie wiem, tak mi powiedziała... ee... osoba, która tak myśli.
Ale w lesie jest coś złego. Bardzo złego, wydaje mi się, że to to, co zabija
jednorożce i zaatakowało Harry’ego. Zaczęłam to wyczuwać, gdy byłam w Zakazanym
Lesie, ale teraz jest... silniejsze. – niepewnie zerknęła na rozmówcę, który
patrzyła na nią dziwnie.
- Jak? – zapytał tylko.
- Przez eksperyment ojca mam instynkt. Jak zwierzę, jak wilk.
Wiem, a raczej czuję, (co nie jest naturalne), że coś się stanie, albo, że coś
– czy ktoś – jest niebezpieczny. Nie zawsze działało tak samo, ale od kiedy
jestem w szkole, cały czas mam przeczucia.
- Opanowujesz magię, więc twoje moce są silniejsze, i te
czarodziejskie, i te wynikające z mutacji. I nie mam na myśli niczego złego.
Domyślam się, że skoro chciałaś mi o tym powiedzieć, masz wyjątkowo złe
przeczucia. – spojrzał na nią wyczekująco.
- Oni tam zejdą. Pan już wie, kto. – mimo powagi sytuacji dyrektor
puścił jej oczko. Oczywiście, że wiedział. – Nie mam pojęcia, co tam jest, ani
kto miałby to wziąć, ale oni chcą go powstrzymać. Nie powinni. Nie oni, bo coś
się stanie. I to złe coś z lasu ma z tym jakiś związek. Nie wiem jaki, ale
skrzywdzi Harry’ego.
- On wie?
- Nie. Nie wie, jaka jestem, więc nie mogłam mu nic powiedzieć, a
Hermiona nie dała sobie wybić z głowy mieszania się w tę sprawę.
- Jak silne jest to przeczucie, Erico?
- Nie mogę jeść. Nie mogę spać. Czuję się tak, jakby ktoś ściskał
mi coś w środku. I nie mogę znieść obecności profesora Quirella.
- Quirella, mówisz?
Przytaknęła. Stary czarodziej
wstał i podszedł do okna.
- Erico – odezwał się po chwili. – To zło, które wyczułaś w lesie.
Jesteś pewna, że wciąż tam jest?
- Tak. To znaczy, nie... - poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. Ale
niby gdzie miałoby być?! – Wiem, że jest blisko, ale nie potrafię
powiedzieć, gdzie dokładnie.
- Dobrze. Jeżeli dowiesz się, albo przeczujesz, kiedy twoi koledzy
będą chcieli się tam dostać, natychmiast daj mi znać. Nie ważne, czy to będzie
za dnia, gwarantuję, że nie zostaniesz ukarana. Dziś wieczorem może mnie nie być, ale zostawię w sowiarni
mojego feniksa, na wszelki wypadek. – Erine kiwnęła głową. Zrozumiała. –
Dziękuję ci. A teraz spróbuj o tym nie myśleć. Uciekaj, zanim zacznie się
przerwa.
Rin zerwała
się z miejsca i ruszyła do wyjścia, zatrzymując się na chwilę w drzwiach.
Odwróciła się do wiekowego czarodzieja z uśmiechem. Chciała mu przekazać, że
dziękuje za to, ze może mu ufać. Ale on już na nią nie patrzył.
*
Siedziała w
Wielkiej Sali, uchylając się z linii wzroku nauczycieli za plecy kilku rosłych
Gryfonów. Oparła czoło o brzeg stołu, starając się myśleć o czymś miłym. A w
każdym razie nie myśleć o tarapatach w które pakowali się jej znajomi. Więc czekała
na bliźniaków.
Plask!
Poderwała głowę, przerażona
nagłym odgłosem tuż obok uszu.
- Masz to zjeść. – oznajmił Lee Jordan, wskazując sporą górkę
ziemniaczanego puree., które wylądowało na jej talerzu. Rin odgarnęła z oczu
kosmyk włosów, nadal gapiąc się na niego dosyć bezmyślnie. Nawet nie usłyszała,
jak podchodził.
- No, już. Chłopaki mówili, że rano nic nie zjadłaś. Przypuszczam,
że sprawdzą, czy coś w ciebie wcisnąłem, jak już się wyrwą ze spotkania
drużyny.
Otworzyła
usta, żeby coś odpowiedzieć, ale tym razem to Lee popisał się niebywałym
refleksem i wsadził jej do buzi łyżkę pełną ziemniaków.
- To jeft okhopnie gohące! – wyartykułowała, patrząc na niego z
wyrzutem, ale chłopak zupełnie się nią nie przejął, nakładając na swój talerz
porcję parujących klusek
Po tym
doświadczeniu Rin wolała nie zaczynać rozmowy, dopóki nie upora się z obiadem,
ale nie do końca rozumiała nieobecność przyjaciół.
- Spotkanie drużyny? – spytała, kiedy przełknęła, przezornie
szykując następną łyżkę.
- Przed wieczornym treningiem. Wood nie chce marnować ani chwili
przed finałem.
No tak. Finał
Pucharu Domów. Jak mogła zapomnieć. Bliźniaki nawijały o tym na okrągło od paru
dni, żeby nie wspomnieć o Oliverze Woodzie, kapitanie zespołu, który nie mówił
o niczym innym od jakichś dwóch tygodni. Musiało z nią być naprawdę kiepsko.
- Ten człowiek ma obsesję. – jęknął Fred, opadając na ławkę koło
nich kilka minut później.
- Taa... mógłbym wyrecytować tę jego taktykę obudzony w środku
nocy.
- Nie drzyj się tak, bo jeszcze przeciwnicy spróbują szczęścia. –
Rin uśmiechnęła się kpiąco znad swojego talerza.
- Nie żebym miał coś przeciwko, te Krukonki są naprawdę ładne...
Au! No co?! – pochylił się, by rozmasować kopnięty piszczel. – W każdym razie,
zaczynam mieć serio dość Wooda.
- Wierz mi, nie ty jeden. Jego przemowy... zaczyna mi przypominać
Percy’ego. – Fred z namysłem machnął różdżką, lewitując pieprzniczkę w kierunku
talerza brata i pozbawiając jej zawartości. – Dałbym mu coś, po czym dostanie
czyraków, ale bez niego nie damy rady. Bez Wooda, oczywiście. Nie bez
Percy’ego.
*
Reszta dnia upłynęła spokojnie, jeśli nie liczyć
pogoni wściekłego Percy’ego po niemal całej wieży za Fredem, który spytał, czy
odpowiednio przyprawił mu obiad.
Erine udało
się zasnąć po dłuższej chwili. Teraz śniło jej się coś bardzo dziwnego.
Matka, cała owinięta czarną peleryną, trzyma ją za rękę. Nie widać jej twarzy, ale Rin wie, że to ona. Zagłębiają się coraz głębiej w ciemności Zakazanego Lasu. - Tu już jest bezpiecznie. – szepcze głos, którego nie może pamiętać. – Już bezpiecznie.
Nagle Catherine zatrzymuje się
i boleśnie ściska córkę za nadgarstek. Odwraca się przodem i Erine rozpoznaje
rysy kobiety ze zdjęcia, ale coś się nie zgadza. Jej oczy nie są czarne, tylko
jasnoszare i błyszczą w ciemności.
- Obudź się!
Erine
gwałtownie usiadła, a serce łomotało jej w piersi, jakby miało wyskoczyć.
- Co do... – urwała, przerażona o wiele bardziej niż przed chwilą.
W dormitorium słyszała dwa oddechy.
Dwa. Nie trzy.
Gwałtownie odciągnęła zasłonkę, zrywając kilka żabek
utrzymujących ją na karniszu. Kotara w łóżku Hermiony była odsłonięta, a po
niej samej nie było nawet śladu.
Rin
wyskoczyła z łóżka, naciągnęła botki i zarzuciła kurtkę, wsuwając różdżkę do
kieszeni. Zbiegła po schodach, przeskakując na raz po trzy stopnie i modląc
się, żeby to nie było to, co myśli, żeby Hermiona po prostu wyszła do
łazienki...
Ledwo zarejestrowała stłumiony
rechot ropuchy, który przebił się do jej świadomości przez natłok myśli.
- Teodora? Co... – na podłodze leżał Neville, wyciągnięty jak
długi i całkiem nieruchomy. Jedynie jego gałki oczne poruszyły się w jej
kierunku w niemym błaganiu o pomoc.
Mrugnęła kilka razy, zmuszając źrenice do rozszerzenia się
do normalnych w tym oświetleniu (dogasający kominek) rozmiarów, żeby wyglądały
chociaż troszeczkę zwyczajniej i uklękła obok spetryfikowanego kolegi, machając
różdżką, by odczynić zaklęcie.
- Co się stało,
Neville? – spytała, kiedy chłopiec znów mógł się poruszać.
- Harry, Ron i
Hermiona znowu gdzieś poszli! Chciałem ich zatrzymać, żebyśmy nie stracili
kolejnych punktów, ale oni mnie unieruchomili i wyszli! Nie, gdzie ty idziesz,
Rin?! – krzyknął, gdy przeskoczyła nad jego wyciągniętymi nogami i pobiegła do
dziury pod portretem.
- Spokojnie,
Neville. Ja się nie dam złapać.
*
- Dziękujemy
za przybycie, profesorze. – powitał Dumbledore’a jeden z urzędników
ministerstwa, który wyszedł mu na przeciw. – Minister jest bardzo wdzięczny, że
zgodził się pan przybyć. Jeśli pan pozwoli... – zanim skończył, dyrektorem
Hogwartu błysnął płomień, w którego miejsce pojawił się piękny feniks.
Ptak usiadł na
ramieniu profesora i podał mu przyniesiony w dziobie skrawek pergaminu. Było na
nim tylko jedno słowo, napisane drobnym, prostym pismem.
Teraz.
- Bardzo przepraszam, ale musi pan przekazać ministrowi, że
musiałem pilnie wrócić do szkoły. Tam jestem bardziej potrzebny.
Zostawiając zszokowanego
urzędnika, Dumbledore opuścił gmach ministerstwa.
- Dziękuję, Erico... – wyszeptał w przestrzeń.
*
Harry
wyglądał naprawdę okropnie. Był blady jak ściana, a jego skóra miejscami
dziwnie błyszczała, jakby leczyła się po oparzeniach. Poza tym był podrapany i
posiniaczony, i leżał bez ruchu. Już od dość dawna.
Ron nie wyglądał wiele lepiej.
Niemal równie blady, jeszcze bardzie podrapany i posiniaczony, miał na głowie
zawój z bandaża, który pokrył całe jego płomienno rude włosy. Teraz spał, ale
wcześniej był przytomny i odwiedzili go bracia.
Hermiona miała tylko kilka
zadrapań na policzkach, oprócz tego była nieco bledsza niż zwykle.
Zamrugała podkrążonymi oczami. I
uśmiechnęła się.
- Cześć, Rinnie. Jest rano?
- Jasne, przecież w nocy bym tu nie trafiła. – Rin puściła oczko
do przyjaciółki i, nagle poważniejąc, siadła na skraju jej łóżka. – À propos
chodzenie po nocy... – Hermiona z ociąganiem spojrzała jej w oczy. – Mówiłam
ci, że to się źle skończy. Prosiłam cię...
- Ale przecież wszystko się dobrze skończyło! Profesor
Dumbledore...
- Powinniście byli iść do niego od razu, gdy coś odkryliście, a
nie samemu ryzykować!
- A ty byś tak zrobiła? Poszłabyś do niego tak od razu, z samymi
podejrzeniami?
- Jak tak zrobiłam, Hermiono. Dlatego zdążył tu wrócić i mu pomóc.
– wskazała brodą w kierunku czarnowłosego chłopca.
- Powiedziałaś...
- Nie wszystko. Nie mówiłam, że chodzi o was, profesor sam się
domyślił. Mia, ja... po prostu się bałam, że coś wam się stanie. – niepewnie
zerknęła w oczy przyjaciółki, z ulgą zauważając, że Hermiona patrzy na nią bez
złości.
- Zastanawiałam się, skąd wiedział... Spotkaliśmy go z Ronem na
korytarzu, zapytał tylko, czy Harry już tam jest.... O matko. – nagle zbladła.
– On by nie zdążył. Gdybyśmy dopiero wtedy wysłali mu wiadomość, mógłby nie
zdążyć.
- Spokojnie. – szepnęła Rinnie, odgarniając przyjaciółce kosmyk
niesfornych włosów za ucho.
- Miałaś to swoje przeczucie, tak? – Rin skinęła głową. – Dlaczego
mi nie powiedziałaś?
- Mówiłam. Nie
chciałaś słuchać. – dziewczynki zamilkły na chwilę. Temat był zamknięty. Erine
wstała. – Nie mów im jeszcze, dobrze? – wskazała na chłopców.
- Nie muszą wiedzieć wszystkiego. – tym razem to Hermiona puściła
jej oczko.
- Hermiono... jeżeli nie będę czuła, że coś wam zagraża, nigdy nie
zdradzę żadnej twojej tajemnicy. Obiecuję.
Dziewczyna z uśmiechem skinęła
głową, dziękując bez słów.
- A teraz spróbuj się jeszcze przespać. Muszę znikać, zanim pani
Pomfrey mnie tu nakryje.
- Ale mówiłaś, że już jest rano... – szatynka była wyraźnie
zdezorientowana, ale posłusznie opadła na poduszki.
- Jest piąta rano, Mia. –
Erine zachichotała, zatrzymała się w drzwiach, żeby pomachać na pożegnanie i
wyszła.
Starając się stąpać bezgłośnie,
przeszła kawałek po korytarzu, mając nadzieję, że na nikogo się nie natknie, aż
poczuła za plecami czyjąś obecność. Profesor Dumbledore stał przy drzwiach
Skrzydła Szpitalnego i śmiał się cicho z jej miny.
- Ja też mam kilka tajemnic, Erico. – powiedział, podchodząc do
dziewczynki. – Chodź ze mną, chciałbym z tobą porozmawiać.
Rin posłusznie ruszyła za nim,
zachodząc w głowę o czym nauczyciel może chcieć z nią rozmawiać przed świtem,
kiedy cała szkoła jeszcze śpi, a Harry, Ron i Hermiona leżą w szpitalu.
W
milczeniu dotarli do kamiennego gargulca, który przepuścił ich bez jednego
słowa, podejrzliwie łupiąc na Rinnie. Kręte schodki poruszyły się, gdy tylko na
nich stanęli, transportując ich na samą górę. Gdy weszli do obszernego
pomieszczenia, dyrektor poprowadził ją do masywnego biurka, mijając po drodze
stoliki z kruchą, srebrzystą aparaturą, nieprzyjemnie kojarzącą jej się ze
sprzętem w laboratorium ojca, w którym warzył mikstury, płynące teraz w jej krwi.
Wzdrygnęła się i spojrzała na feniksa, siedzącego na złoconej żerdzi.
Przyglądał jej się, przekrzywiając łepek.
Profesor
Dumbledore odsunął dla niej krzesło, poczym zasiadł w fotelu po drugiej stronie
mebla. Za jego plecami całą ścianę zajmowały portrety byłych dyrektorów
Hogwartu, którzy teraz smacznie chrapali, a niektórzy zasypiali z powrotem po
obrzuceniu jej badawczym spojrzeniem. Widocznie nie uznali jej za interesujące
zjawisko.
- Na pewno zastanawiasz się, po co cię tu wezwałem. – wyrwał ją z
zamyślenia głos nauczyciela. – Po pierwsze, chciałbym ci podziękować. Gdyby nie
ty, Harry mógłby już nie żyć. Obawy panny Granger były słuszne. Gdybym został
wezwany dopiero wtedy, kiedy spotkałem ją z panem Weasleyem, byłoby już dla
niego za późno.
- Nie ma mi za co dziękować, panie profesorze. To pan go uratował.
- Ale ty dałaś mi możliwość. – stary czarodziej się uśmiechnął. –
Poza tym, wydaje mi się, że jestem ci winien trochę wyjaśnień. Trochę, bo ty
też zdradziłaś mi jedynie część prawdy, a i Harry, gdy się obudzi, nie dowie
się o twoim udziale w tej historii. – Dyrektor mrugnął do niej, a ona skinęła
głową. To był uczciwy układ.
- Czy wiesz, jak Harry stracił rodziców? – Dumbledore znienacka
przeszedł do konkretów.
- Wiem, że zamordował ich Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
A kiedy chciał zabić Harry’ego, stracił moc, i prawie życie, a Harry’emu
została ta blizna. – przejechała palcem po czole, kreśląc kształt błyskawicy.
- Tak. To właśnie on, Voldemort, był tym złem, którego obecność
wyczuwałaś. Opętał profesora Quirella, dlatego tak źle się przy nim czułaś. –
profesor przerwał na chwilę i spojrzał na nią przenikliwie. – Przypuszczam, ze
się domyślasz, jaki jest teraz główny cel Voldemorta.
Dziewczynka milczała przez chwilę, patrząc przed siebie szeroko
otwartymi oczami. Stary mędrzec zastanowił się przez chwilę, czy nie
przesadził. Chłopiec musi wiedzieć, będzie mu musiał powiedzieć, ale czy ma
prawą ją też tym obarczać?
Oni mają tylko po jedenaście
lat...Ale zanim zdążył zwątpić w słuszność swoich poczynać, Erine spojrzała
znowu na niego.
- Zabić Harry’ego. Odzyskać moc.
- Nie możemy mu na to pozwolić. Dlatego mam prośbę. Słyszałem, co
obiecałaś swojej przyjaciółce i nie mam zamiaru nakłaniać cię do zdradzania
sekretów przyjaciół. Ale chciałbym, żebyś informowała mnie o twoich
przeczuciach. Wszystkich tak silnych, jak to, które cię do mnie przyprowadziło
i wszystkich dotyczących Harry’ego. Dobrze?
Zauważył, jak się wzdrygnęła, gdy
wspomniał o wilczej zdolności, której miałaby świadomie i regularnie używać.
- Wolałabym... To znaczy, nie lubię używać tych zdolności –
skrzywiła się, jakby rozmawiali o czymś wyjątkowo obrzydliwym. – ale jeżeli
miałoby to komuś pomóc...
- Nie jestem przekonany, czy patrzysz na to tak, jak powinnaś,
Erico. Jest coś, o czym nie wiesz.
########
W końcu wróciłam!!
Mam nadzieję, ze jeszcze nie straciliście do mnie cierpliwości i ktoś
jeszcze czeka na zaginione w czasoprzestrzeni notki.
Rozdział podzieliłam na dwie części, w związku z czym
wyjątkowo publikuję w terminie. Część drugapowinna się pojawić niedługo,
kiedy tylko zdołam ją przepisać na komputer.
Strasznie, strasznie przepraszam za tę zwłokę.
Nawet nie wiecie, jak mi głupio.
Postaram się pisać częściej i nadrobić przez wakacje zaległości u Was.
Opinie i wytykanie błędów mile widziane ;)
Pozdrawiam,
Wasza Erica
czwartek, 25 czerwca 2015
Ogłoszenie
Uwaga, uwaga... skończyłam rozdział!!! Powinnam go opublikować do końca miesiąca, tym razem naprawdę. :) Mam nadzieję, że jeszcze nie straciliście do mnie cierpliwości. Pozdrawiam was serdecznie i wkrótce zapraszam na rozdział :)
Wasza Erica
poniedziałek, 3 listopada 2014
X: Nie jestem sama
Od pół godziny chodziła po korytarzu, nie mogąc się zdecydować, by wejść. Drzwi gabinetu profesor McGonnagal wydawały się przeszkodą nie do pokonania.
Nie, jednak nie. Dziewczynka odwróciła się i ruszyła w stronę wieży.
- Co panienka tu robi, panno Volf? Uczniowie powinni o tej porze być już w pokojach wspólnych.
Rin przełknęła ślinę.
- Ja... już... właśnie wracam, panie profesorze. - wyjąkała, usiłując uniknąć przenikliwego spojrzenia dyrektora.
- O czym chciałaś porozmawiać z profesor McGonnagal?
Spojrzała na niego zaskoczona.
- Jak... ja nie... Skąd pan wiedział, że chciałam... Mam problem... ze sobą. - wyszeptała na koniec.
- W takim razie, może ja mógłbym ci pomóc? Porozmawiajmy tutaj. - zaproponował profesor, z dobrodusznym uśmiechem otwierając drzwi nieużywanej klasy. Pomieszczenie okazało się zakurzone i pełne pajęczyn. Przypominało zapomniany składzik. - Albo może lepiej tu. - Rozbawiony Dumbledore wszedł do następnej klasy, która na szczęście była wysprzątana.
Czarodziej machnął różdżką, wyczarowując dwa bordowe fotele po środku pomieszczenia.
- Co się dzieje, Erico? - zapytał z troską w głosie, siadając. - Możesz mi zaufa, naprawdę.
- Panie profesorze, dzisiaj ktoś powiedział mi takie rzeczy, że... Pogubiłam się i muszę zadać parę pytań. - dokończyła szeptem, patrząc na swoje dłonie. To było trudniejsze, niż myślała.
- Och, nie przejmowałbym się tak panem Malfoyem. Jednak uważam, że trochę wyjaśnień ci się przyda. Przynajmniej tyle, ile ja mogę ci powiedzieć.
Jego błękitne oczy spojrzały smutno znad okularów. Oparł się wygodnie, czekając na pierwsze pytanie. Rin zerknęła na niego niepewnie, świecąc oczami w ciemnej klasie.
- Czemu pan tak do mnie mówi? Erica. Pan, pan Ollivander i Hagrid. Przecież już nie mam tak na imię. - wyrzuciła z siebie. Było to pierwsze pytanie, na które starczyło jej odwagi. Dyrektor uniósł lekko brwi, A Rin zarumieniła się, wyrzucając sobie w duchu, że marnuje jego czas na takie banały.
- Och, nie wstydź się, przecież obiecałem ci opowiedzieć tyle, ile mogę, o wszystkim, co cię dręczy. - westchnął lekko. - Jak na pewno wiesz, twoi rodzice poznali się w tej szkole. Catherine, rok niżej od twojego ojca, była bardzo popularna w swoim domu. Była prawdziwą dumną, czystokrwistą czarownicą, ale nie wywyższała się, była po prostu słodka, miła i pomocna dla każdego. Jednocześnie dumna i skromna, i bylo w niej coś takiego, że że nie dało się jej nie lubić. Kiedyś zaopiekowała się małą puchonką, miała na imię Erica.
- E-erica? - dziewczyna powtórzyła głucho.
- Tak. Twoja matka już postanowiła tak nazwać swoją córkę, i jak wiesz, urodziłaś się właśnie pod tym imieniem.
-I z nazwiskiem ojca. - przerwała z goryczą. To, że musiała nosić nazwisko matki, bolało ją prawie tak, jakby ojciec się jej wyrzekł. -Czy myśli pan... że zmienił je tylko po to, żeby pasowało... do tego - położyła dłoń na lewym rękawie, tam gdzie ukrywał straszne blizny. Wolferine... brzmi okropnie podobnie.
- To oczywiście możliwe, biorąc pod uwagę jego stan psychiczny w tamtym okresie. Ale osobiście uważam, że chodziło o coś innego. On... naprawdę kochał twoją matkę. Jej strata była ciosem, którego nie wytrzymał. Myślę, że po prostu chciał zatrzymać przy sobie jej cząstkę.
- Nie rozumiem...
- Widzisz, miała na imię Catherine, ale wszyscy nazywali ją Cath.
- Więc pan uważa, ze dał mi jej nazwisko i pół jej imienia... żeby ją przy sobie zatrzymać?! To nie ma sensu... - pokręciła głową.
- Jesteś do niej bardzo podobna. Zawsze byłaś.
- Naprawdę jestem? Bo nawet nie wiem, jak ona wyglądała. Nic o niej nie wiem...
-Tego, niestety, będziesz musiała dowiedzie się sama.
Spojrzała na niego z zaskoczeniem, ale zanim zdążyła choćby otworzyć usta, odezwał się zmienionym głosem.
- On chciał cienie chronić, Erico.
- Przed czym, przed kim?!
- Miałaś jeszcze inne pytania, prawda? Nie możemy przecież siedzieć tu całą noc.
Uśmiechnął się dobrotliwie, powstrzymała więc pytania, które cisnęły jej się na usta i wróciła do tych, które nie dawały jej spokoju wcześniej.
- Dlaczego... on mi to zrobił? Jak mógł... zmienić własne dziecko w potwora?
- Myślałem, że panowie Weasley wystarczająco dobitnie ci wyjaśnili, ze nim nie jesteś. - zmarszczył brwi. - A wracając do tego... na razie nie powiem ci zbyt wiele. Na początku planował przeprowadzić ten eksperyment na ochotniku, lub chętniej na zwierzęciu, któremu nie mogło to bardzo zaszkodzić. Jednak dla twojej mamy było to absolutnie nie do przyjęcia, więc kiedy nie mogła go przekonać, a on snuł coraz śmielsze plany, odeszła. Wtedy już wiedziała, że będzie miała dziecko. Po jej śmierci bardzo potrzebował czegoś, co go oderwie od bólu. Kiedy się opanował i zrozumiał, co zrobił, było za późno, więc brnął dalej, łamiąc sobie serce i tracąc zdrowy rozsądek.
Mogła tylko siedzieć i patrzeć z niedowierzaniem. Nie umiała się wściekać, że mu nie wystarczyła jako pociecha, za to, co jej zrobił i że ją później zostawił. Było jej tylko żal. Zwyczajnie żal zniszczonego człowieka.
Otrząsnęła się z tego uczucia.
- Ale dlaczego mnie zostawił? I gdzie on jest?
- Szukamy go. Ale on miał wrócić do ciebie, nigdy nie zostawiłby cię na tak długo, gdyby wszystko było w porządku.
Hagrid powiedział jej to samo.
- To czemu nie wziął mnie ze sobą? Wstydził się mnie? - spróbowała uśmiechnąć się drwiąco, ale niezbyt jej się udało.
- A dlaczego przez te wszystkie lata trzymał cię w domu? Cóż, możemy się tylko domyślać, ale mnie się wydaje, że nie chciał cię narażać na niechęć ludzi. Możesz mi nie wierzyć, ale on naprawdę się o ciebie troszczył. Tak jak umiał...
Dyrektor podniósł się z fotela. Erine automatycznie się zerwała, a czarodziej machnął różdżką i oba meble znikły.
- W tej szkole są ludzie, którym możesz zaufać, pamiętaj o tym. A teraz pora spać. Ach, gdybyś spotkała pana Filcha, powiedz mu, że masz moje pozwolenie, by wraca do dormitorium o tak późnej porze.
Profesor uśmiechnął się do niej kącikiem ust i skinął jej głową, opuszczając salę, pozostawiając za sobą dziewczynkę z jeszcze większym mętlikiem w głowie.
- E-erica? - dziewczyna powtórzyła głucho.
- Tak. Twoja matka już postanowiła tak nazwać swoją córkę, i jak wiesz, urodziłaś się właśnie pod tym imieniem.
-I z nazwiskiem ojca. - przerwała z goryczą. To, że musiała nosić nazwisko matki, bolało ją prawie tak, jakby ojciec się jej wyrzekł. -Czy myśli pan... że zmienił je tylko po to, żeby pasowało... do tego - położyła dłoń na lewym rękawie, tam gdzie ukrywał straszne blizny. Wolferine... brzmi okropnie podobnie.
- To oczywiście możliwe, biorąc pod uwagę jego stan psychiczny w tamtym okresie. Ale osobiście uważam, że chodziło o coś innego. On... naprawdę kochał twoją matkę. Jej strata była ciosem, którego nie wytrzymał. Myślę, że po prostu chciał zatrzymać przy sobie jej cząstkę.
- Nie rozumiem...
- Widzisz, miała na imię Catherine, ale wszyscy nazywali ją Cath.
- Więc pan uważa, ze dał mi jej nazwisko i pół jej imienia... żeby ją przy sobie zatrzymać?! To nie ma sensu... - pokręciła głową.
- Jesteś do niej bardzo podobna. Zawsze byłaś.
- Naprawdę jestem? Bo nawet nie wiem, jak ona wyglądała. Nic o niej nie wiem...
-Tego, niestety, będziesz musiała dowiedzie się sama.
Spojrzała na niego z zaskoczeniem, ale zanim zdążyła choćby otworzyć usta, odezwał się zmienionym głosem.
- On chciał cienie chronić, Erico.
- Przed czym, przed kim?!
- Miałaś jeszcze inne pytania, prawda? Nie możemy przecież siedzieć tu całą noc.
Uśmiechnął się dobrotliwie, powstrzymała więc pytania, które cisnęły jej się na usta i wróciła do tych, które nie dawały jej spokoju wcześniej.
- Dlaczego... on mi to zrobił? Jak mógł... zmienić własne dziecko w potwora?
- Myślałem, że panowie Weasley wystarczająco dobitnie ci wyjaśnili, ze nim nie jesteś. - zmarszczył brwi. - A wracając do tego... na razie nie powiem ci zbyt wiele. Na początku planował przeprowadzić ten eksperyment na ochotniku, lub chętniej na zwierzęciu, któremu nie mogło to bardzo zaszkodzić. Jednak dla twojej mamy było to absolutnie nie do przyjęcia, więc kiedy nie mogła go przekonać, a on snuł coraz śmielsze plany, odeszła. Wtedy już wiedziała, że będzie miała dziecko. Po jej śmierci bardzo potrzebował czegoś, co go oderwie od bólu. Kiedy się opanował i zrozumiał, co zrobił, było za późno, więc brnął dalej, łamiąc sobie serce i tracąc zdrowy rozsądek.
Mogła tylko siedzieć i patrzeć z niedowierzaniem. Nie umiała się wściekać, że mu nie wystarczyła jako pociecha, za to, co jej zrobił i że ją później zostawił. Było jej tylko żal. Zwyczajnie żal zniszczonego człowieka.
Otrząsnęła się z tego uczucia.
- Ale dlaczego mnie zostawił? I gdzie on jest?
- Szukamy go. Ale on miał wrócić do ciebie, nigdy nie zostawiłby cię na tak długo, gdyby wszystko było w porządku.
Hagrid powiedział jej to samo.
- To czemu nie wziął mnie ze sobą? Wstydził się mnie? - spróbowała uśmiechnąć się drwiąco, ale niezbyt jej się udało.
- A dlaczego przez te wszystkie lata trzymał cię w domu? Cóż, możemy się tylko domyślać, ale mnie się wydaje, że nie chciał cię narażać na niechęć ludzi. Możesz mi nie wierzyć, ale on naprawdę się o ciebie troszczył. Tak jak umiał...
Dyrektor podniósł się z fotela. Erine automatycznie się zerwała, a czarodziej machnął różdżką i oba meble znikły.
- W tej szkole są ludzie, którym możesz zaufać, pamiętaj o tym. A teraz pora spać. Ach, gdybyś spotkała pana Filcha, powiedz mu, że masz moje pozwolenie, by wraca do dormitorium o tak późnej porze.
Profesor uśmiechnął się do niej kącikiem ust i skinął jej głową, opuszczając salę, pozostawiając za sobą dziewczynkę z jeszcze większym mętlikiem w głowie.
*
Z dormitorium dziewcząt pierwszego roku na szczycie wieży Gryffindoru, mimo niezbyt wczesnej pory, dochodziły strzępki rozmów i tłumione chichoty. Erine stała chwilę pod drzwiami, zastanawiając się, jak zrobić to, co postanowiła. W końcu zdecydowała, że po prostu wejdzie i to powie, bez planu i przygotowań, tak jak wcześniej Fredowi i George'owi. No, prawie tak samo. Uśmiechnęła się lekko do siebie. Kto by pomyślał, że za każdym razem będzie łatwiej.
Nacisnęła klamkę i zamrugała powiekami, czując, jak źrenice zwężają jej się pod wpływem jasnych lamp. Wzięła głęboki oddech, zanim koleżanki zdążyły ją zasypać potokiem nowinek.
- Hermiono - zaczęła. - obiecałam ci, że kiedyś ci wyjaśnię... to, co widziałaś. Wszystkie zasługujecie, by znać prawdę. - W głuchej ciszy przeszła kilka kroków i usiadła na skraju swojego łóżka.
- Prawdę o mnie. Całą.
*
Obudziło ją przeraźliwe zimno. Otworzyła oczy. Leżała w swoim łóżku w sypialni gryfonek, ale zasłonki nie były zaciągnięte. Dzięki temu, pomimo panującej ciemności, udało jej się wypatrzyć wskazówki budzika. Wpół do siódmej. Wyjątkowo późno się obudziła. Zazwyczaj o tej porze wychodziła na mały spacer, kompletnie ubrana, jako tako uczesana, zostawiając za sobą spakowaną torbę na zaścielonym łóżku. Dzisiaj jednak postanowiła nigdzie się nie ruszać. Znowu zadrżała.
Był środek grudnia, więc poranny mróz przenikał do szpiku kości, a do wschodu słońca pozostało jakieś czterdzieści minut. Potarła ramiona, pokryte gęsią skórką, powstrzymując potężne ziewnięcie. Prawie połowę nocy spędziła, usiłując przekonać bliźniaków do zrezygnowania z niektórych zaplanowanych, świątecznych dowcipów. Kiedy udało jej się wyperswadować im przemalowanie futerka pani Norris na zielono i obwieszenie jej bombkami (nie żeby nie chciała tego zobaczyć, ale władze szkolne raczej nie podzielały ich poczucia humoru), była tak zmęczona, że po prostu wysupłała się ze szlafroka i rzuciła na łóżko, natychmiast zasypiając.
Przebrała się, i drżąc z zimna oraz przeklinając klimat przetrząsnęła szafkę nocną w poszukiwaniu grzebienia. Podeszła do okna. Lubiła patrzeć na zamkowe błonia i chciała przyjrzeć im się w zimowej scenerii. Szyba była do połowy zasypana, więc wspięła się na palce i z trudem dojrzała pokrytą białym puchem chatkę gajowego. Ciepłe światło w jej oknach i bezustannie prószący śnieg przypomniały jej szklaną kulkę, którą wielki temu ojciec stawiał w święta na kominku w jej pokoju. Dreszcz, który ją przeszedł tym razem nie miał nic wspólnego z niską temperaturą.
Został tylko tydzień do przerwy świątecznej. Gdzie ona ma się podziać, skoro po ojcu nadal ani śladu?
Usiadła ciężko na łóżku, złamana wizją opustoszałego, zimnego domu. Jakoś przetrwała w nim wiosną, ale nie umiała sobie wyobrazić spędzenia tam świąt, samej. Wbiła pusty wzrok przed siebie i nieświadomie uroniła łezkę, która powoli zostawiała wilgotny ślad na jej bladym policzku. Nie zdołała jej jeszcze całkiem zetrzeć, kiedy rozchyliła się kotara sąsiedniego łóżka.
- Płakałaś, Rin? - spytała Hermiona, przysiadając obok niej. Erine przejechała łokciem po twarzy, usuwając wszelkie dowody na chwilę słabości.
- Nie, tylko... przypomniałam sobie, że niedługo gwiazdka, i że wszystkie tak się cieszyłyście, że spędzacie je z rodziną. A... ja nie mam gdzie iść, ojciec zostawił mnie całkiem samą... Nie chcę tam sama siedzieć i...
- Przecież możesz zostać w szkole. - Hermiona uśmiechnęła się krzepiąco. - Całkiem sporo ludzi tu zostaje. Harry też nie ma zamiaru wracać do wuja i ciotki.
- W szkole na całe święta? No nie wiem... Ale lepsze to, niż pusty dom. Do kiedy muszę zgłosić, że zostaję?
- Nie jestem pewna, po prostu idź do profesor McGonnagal, kiedy się zdecydujesz. Jeśli chcesz, mogę zapytać, czy ktoś wie, do kiedy trzeba.
- Dzięki. - Rin uśmiechnęła się do koleżanki, która wstała i zaczęła się szykować. Tymczasem Parvati też się obudziła i ziewając zajęła miejsce zwolnione przez Hermionę.
- Płakałaś, Rinnie? - spojrzała badawczo na wilgotne rzęsy dziewczyny.
- Nie... to znaczy, już wszystko w porządku. Po prostu chyba zostanę na święta w zamku.
- Oo, podobno jest świetnie! Też bym została, ale Padma i ja musimy wrócić do domu.
- Przynajmniej masz do czego wracać. - wyszeptała Erine. Parvati pocieszająco położyła jej rękę na ramieniu, a blondynka delikatnie się uśmiechnęła. Poczuła się o wiele lepiej. W ogóle było lżej, odkąd mogła zacząć się swobodnie zachowywać przy swoich współlokatorkach. Nawet, jeśli Lavender... potrzebuje trochę więcej czasu.
- Parvati, będziesz czekać, aż Lavender się obudzi, prawda? - spytała Hermiona, już wyszykowana. - To my już zejdziemy i poczekamy na chłopaków.
Pożegnały się (chociaż za chwilę się zobaczą na śniadaniu!), a w Pokoju Wspólnym obie rozeszły się do swoich przyjaciół.
Był środek grudnia, więc poranny mróz przenikał do szpiku kości, a do wschodu słońca pozostało jakieś czterdzieści minut. Potarła ramiona, pokryte gęsią skórką, powstrzymując potężne ziewnięcie. Prawie połowę nocy spędziła, usiłując przekonać bliźniaków do zrezygnowania z niektórych zaplanowanych, świątecznych dowcipów. Kiedy udało jej się wyperswadować im przemalowanie futerka pani Norris na zielono i obwieszenie jej bombkami (nie żeby nie chciała tego zobaczyć, ale władze szkolne raczej nie podzielały ich poczucia humoru), była tak zmęczona, że po prostu wysupłała się ze szlafroka i rzuciła na łóżko, natychmiast zasypiając.
Przebrała się, i drżąc z zimna oraz przeklinając klimat przetrząsnęła szafkę nocną w poszukiwaniu grzebienia. Podeszła do okna. Lubiła patrzeć na zamkowe błonia i chciała przyjrzeć im się w zimowej scenerii. Szyba była do połowy zasypana, więc wspięła się na palce i z trudem dojrzała pokrytą białym puchem chatkę gajowego. Ciepłe światło w jej oknach i bezustannie prószący śnieg przypomniały jej szklaną kulkę, którą wielki temu ojciec stawiał w święta na kominku w jej pokoju. Dreszcz, który ją przeszedł tym razem nie miał nic wspólnego z niską temperaturą.
Został tylko tydzień do przerwy świątecznej. Gdzie ona ma się podziać, skoro po ojcu nadal ani śladu?
Usiadła ciężko na łóżku, złamana wizją opustoszałego, zimnego domu. Jakoś przetrwała w nim wiosną, ale nie umiała sobie wyobrazić spędzenia tam świąt, samej. Wbiła pusty wzrok przed siebie i nieświadomie uroniła łezkę, która powoli zostawiała wilgotny ślad na jej bladym policzku. Nie zdołała jej jeszcze całkiem zetrzeć, kiedy rozchyliła się kotara sąsiedniego łóżka.
- Płakałaś, Rin? - spytała Hermiona, przysiadając obok niej. Erine przejechała łokciem po twarzy, usuwając wszelkie dowody na chwilę słabości.
- Nie, tylko... przypomniałam sobie, że niedługo gwiazdka, i że wszystkie tak się cieszyłyście, że spędzacie je z rodziną. A... ja nie mam gdzie iść, ojciec zostawił mnie całkiem samą... Nie chcę tam sama siedzieć i...
- Przecież możesz zostać w szkole. - Hermiona uśmiechnęła się krzepiąco. - Całkiem sporo ludzi tu zostaje. Harry też nie ma zamiaru wracać do wuja i ciotki.
- W szkole na całe święta? No nie wiem... Ale lepsze to, niż pusty dom. Do kiedy muszę zgłosić, że zostaję?
- Nie jestem pewna, po prostu idź do profesor McGonnagal, kiedy się zdecydujesz. Jeśli chcesz, mogę zapytać, czy ktoś wie, do kiedy trzeba.
- Dzięki. - Rin uśmiechnęła się do koleżanki, która wstała i zaczęła się szykować. Tymczasem Parvati też się obudziła i ziewając zajęła miejsce zwolnione przez Hermionę.
- Płakałaś, Rinnie? - spojrzała badawczo na wilgotne rzęsy dziewczyny.
- Nie... to znaczy, już wszystko w porządku. Po prostu chyba zostanę na święta w zamku.
- Oo, podobno jest świetnie! Też bym została, ale Padma i ja musimy wrócić do domu.
- Przynajmniej masz do czego wracać. - wyszeptała Erine. Parvati pocieszająco położyła jej rękę na ramieniu, a blondynka delikatnie się uśmiechnęła. Poczuła się o wiele lepiej. W ogóle było lżej, odkąd mogła zacząć się swobodnie zachowywać przy swoich współlokatorkach. Nawet, jeśli Lavender... potrzebuje trochę więcej czasu.
- Parvati, będziesz czekać, aż Lavender się obudzi, prawda? - spytała Hermiona, już wyszykowana. - To my już zejdziemy i poczekamy na chłopaków.
Pożegnały się (chociaż za chwilę się zobaczą na śniadaniu!), a w Pokoju Wspólnym obie rozeszły się do swoich przyjaciół.
*
- Wy jesteście naprawdę stuknięci. - to było wszystko co Rin zdołała z siebie wydusić, kiedy zaczarowane przez bliźniaków śnieżne kule uniosły się z ziemi i, nabierając prędkości, ruszyły w stronę profesora Quirella, zaciekle bębniąc w jego turban.
- Teraz serio przesadziliście! - podniosła głos, by zagłuszyć rozpaczliwe krzyki nauczyciela. - Fred, jak ktoś się dowie, że to wy, to do ferii nie darują wam szlabanu...
- Myślę, że do jutrzejszego wieczora wystarczy. I proszę zejść z murka, panno Volf. - Rinnie kuliła się na balustradzie, oddzielającej dziedziniec od łączącym się z nim korytarzem, licząc, że dach zapewni jej chociaż trochę ciepła. Stojąc przed zirytowaną nauczycielką drżała bardziej ze stresu niż z zimna. Mimo wszystko zawsze lepiej...
- Panowie Weasley, myślę, że dwudniowy szlaban wybije wam z głów podobne pomysły. - wycedziła profesor McGonnagal, wybawiając kolegę z opresji machnięciem różdżki. - Po ostatniej lekcji proszę do mojego gabinetu. Do tej pory uzgodnię z panem Filchem, co będziecie robić. Gryffindor traci 10 punktów.
Odeszła, sztywno wyprostowana.
- Ona chyba naprawdę połknęła jakiś kij w dzieciństwie. - odezwał się George donośnym szeptem. - Nie wiem jak wy, ale ja porządnie zgłodniałem.
- Serio, wy też zostajecie? - z radości prawie zakrztusiła się pieczenią.
- Rodzice jadą z Ginny w odwiedziny do naszego starszego brata, więc mamy szanse zapisać tegoroczną gwiazdkę w historii szkoły. Czekaj, jak to też? - rude brwi podjechały do góry.
- No, raczej nikt na mnie nie czeka z choinką... - zdobyła się na krzywy uśmiech.
- Czyli zostajesz! - ucieszył się Fred. Jego wrzask przyciągnął do nich Lee Jordana. Cokolwiek bliźniacy zdradzili mu o Erine, przyjął to ze stoickim spokojem. I chociaż Rin nadal czuła pewien dyskomfort, niepewna, ile chłopak naprawdę rozumie, wtajemniczenie go znacznie poprawiło ich relacje.
- Dno. Babcia w życiu się nie zgodzi, żebym opuścił jej gwiazdkowe przyjecie. Jeśli zginę tam z nudów, powiedzcie Filchowi, że go nie kocham. - powiedział zrezygnowanym tonem, machając przyjaciołom gęsto zapisanym kawałkiem pergaminu. - Rinnie, mam nadzieję, że chociaż ty zostaniesz z Weasleyami na placu boju.
- Zostaję. - odpowiedziała Rin, delikatnie marszcząc nos na zdrobnienie, które Lee przejął od bliźniaków równie naturalnie, jak jej koleżanki z pokoju. I naprawdę zaczynała to lubić.
- I wiesz co, Rinnie? - spytał Fred, nachylając się do dziewczynki.
- Zrobimy wszystkie te rzeczy, które planowaliśmy, a ty mówiłaś, że są głupie! - dodał George z uśmiechem godnym Irytka. - I ty nam w tym pomożesz...
- A ty tego nie zobaczysz! - szczerząc zęby krzyknęli do Jordana, który spojrzał na nich spode łba, przeżuwając frytki.
- Czarno widzę te święta... - szepnęła Rin do swojego obiadu.
Pierwszym co rzuciło jej się w oczy, gdy po skończonych lekcjach wróciła do Pokoju Wspólnego, była biała karta przyszpilona po środku tablicy ogłoszeń. Kiedy podeszła bliżej, okazało się, że była to lista uczniów, zostających w zamku na ferie świąteczne. Było na niej tylko kilka osób, oprócz Harry'ego i czwórki Weasleyów. Niepewnie wyjęła pióro i drżącą ręką dopisała swoje nazwisko. Potem ruszyła do swojego pokoju, uśmiechając się promiennie. Nie mogła się doczekać tych wszystkich choinek.
- Panowie Weasley, myślę, że dwudniowy szlaban wybije wam z głów podobne pomysły. - wycedziła profesor McGonnagal, wybawiając kolegę z opresji machnięciem różdżki. - Po ostatniej lekcji proszę do mojego gabinetu. Do tej pory uzgodnię z panem Filchem, co będziecie robić. Gryffindor traci 10 punktów.
Odeszła, sztywno wyprostowana.
- Ona chyba naprawdę połknęła jakiś kij w dzieciństwie. - odezwał się George donośnym szeptem. - Nie wiem jak wy, ale ja porządnie zgłodniałem.
- Serio, wy też zostajecie? - z radości prawie zakrztusiła się pieczenią.
- Rodzice jadą z Ginny w odwiedziny do naszego starszego brata, więc mamy szanse zapisać tegoroczną gwiazdkę w historii szkoły. Czekaj, jak to też? - rude brwi podjechały do góry.
- No, raczej nikt na mnie nie czeka z choinką... - zdobyła się na krzywy uśmiech.
- Czyli zostajesz! - ucieszył się Fred. Jego wrzask przyciągnął do nich Lee Jordana. Cokolwiek bliźniacy zdradzili mu o Erine, przyjął to ze stoickim spokojem. I chociaż Rin nadal czuła pewien dyskomfort, niepewna, ile chłopak naprawdę rozumie, wtajemniczenie go znacznie poprawiło ich relacje.
- Dno. Babcia w życiu się nie zgodzi, żebym opuścił jej gwiazdkowe przyjecie. Jeśli zginę tam z nudów, powiedzcie Filchowi, że go nie kocham. - powiedział zrezygnowanym tonem, machając przyjaciołom gęsto zapisanym kawałkiem pergaminu. - Rinnie, mam nadzieję, że chociaż ty zostaniesz z Weasleyami na placu boju.
- Zostaję. - odpowiedziała Rin, delikatnie marszcząc nos na zdrobnienie, które Lee przejął od bliźniaków równie naturalnie, jak jej koleżanki z pokoju. I naprawdę zaczynała to lubić.
- I wiesz co, Rinnie? - spytał Fred, nachylając się do dziewczynki.
- Zrobimy wszystkie te rzeczy, które planowaliśmy, a ty mówiłaś, że są głupie! - dodał George z uśmiechem godnym Irytka. - I ty nam w tym pomożesz...
- A ty tego nie zobaczysz! - szczerząc zęby krzyknęli do Jordana, który spojrzał na nich spode łba, przeżuwając frytki.
- Czarno widzę te święta... - szepnęła Rin do swojego obiadu.
Pierwszym co rzuciło jej się w oczy, gdy po skończonych lekcjach wróciła do Pokoju Wspólnego, była biała karta przyszpilona po środku tablicy ogłoszeń. Kiedy podeszła bliżej, okazało się, że była to lista uczniów, zostających w zamku na ferie świąteczne. Było na niej tylko kilka osób, oprócz Harry'ego i czwórki Weasleyów. Niepewnie wyjęła pióro i drżącą ręką dopisała swoje nazwisko. Potem ruszyła do swojego pokoju, uśmiechając się promiennie. Nie mogła się doczekać tych wszystkich choinek.
*
Chyba nigdy, w całym swoim życiu, Erine nie spała tak długo. Zimowe słońce wschodziło, a jego szkarłatne promienie tańczyły w jej włosach. Delikatnie przewróciła się na bok, i gwałtownie usiadła, kiedy światło padło prosto na jej zamknięte powieki. Zamrugała przerażona, pewna że się spóźniła, próbując zorientować się, która może być godzina, aż wreszcie zorientowała się, że jest Boże Narodzenie i nigdzie nie musi się spieszyć. Przeciągnęła się leniwie, a jej wzrok padł na mały stosik paczek u stóp łóżka. Uśmiechnęła się promiennie, zeskakując z materaca. Prezenty!
Cieszyła się prawie jak małe dziecko, rozrywając pakunki i rozrzucając papier po całym pustym dormitorium. Od bliźniaków dostała paczkę czekoladowych żab. W następnej paczce znajdował się pakiet słodyczy od Lee Jordana. Była lekko zaskoczona, ale ucieszyła się z tego dowodu sympatii i akceptacji. Roześmiała się cicho, widząc kolorowe, wełniane rękawiczki i szalik od Parvati i Hermiony. Tyle razy mówiły, że robi im się zimno, kiedy na nią patrzą...
Westchnęła, z wahaniem zabierając się za rozpakowywanie sporego pudła. Nie była pewna, czego się spodziewać po prezencie od wuja, który z jednej strony dawał jej do zrozumienia, że się dla niego liczy, a z drugiej pokłócił się z jej ojcem odbierając jedyną wówczas osobę, która potrafiła ją zrozumieć. I zawsze była dla niego nie sobą, a tylko córką ukochanej, straconej siostry. Więc co takiego mógł jej przysłać tym razem?
Niepewnie odchyliła wieko i zerknęła do środka, a potem z ulgą odrzuciła je na bok. Tym razem nie była to żadna z rzeczy, które "spodobałyby się Catherine", tylko para zimowych butów. Wyglądały na ciepłe, wykonane z brązowej skóry i wyłożone wełną, sznurowane, z cholewką wywijaną nad kostką. W lekkich, zamszowych botkach powoli odmarzały jej palce, więc natychmiast zmieniła buty. Pasowały idealnie i były dokładnie tak miękkie i ciepłe, jak wyglądały. Teraz już napełniona entuzjazmem penetrowała resztę zawartości kartonu. Rzuciła na łóżko paczkę bułgarskich ciastek, którymi postanowiła nakarmić bliźniaków i zamarła, wpatrując się w fotografię na dnie pudła.
Wyjęła ją i oglądała trzymając kurczowo, jakby bała się, że ktoś ją zabierze. Zdjęcie przedstawiało jej ojca, młodszego i o wiele... pogodniejszego, niż kiedykolwiek. Ubrany w odświętną szatę obejmował drobną, czarnowłosą dziewczynę w białej sukni. Miała piękne, czarne oczy okolone długimi rzęsami.
Moment, moment... Przecież jej oczy miały taki kształt. Przejechała ręką po policzku. Tamta dziewczyna miała jej twarz!
Nagle uświadomiła sobie to, czego powinna domyślić się od razu, i ta świadomość uderzyła ją tak, że zdjęcie wypadło jej z zaciśniętej dłoni. Ta dziewczyna była jej matką. Porwała z ziemi upuszczone zdjęcie ślubne rodziców, chciwie chłonąc każdy szczegół. Młoda para, uwieczniona na skrawku papieru, uśmiechała się promiennie i machała do niej rękami. Nigdy, przez całe swoje życie nie widziała ojca tak szczęśliwego. A matka uśmiechała się dokładnie tak samo jak ona. Nikt nie przesadzał mówiąc, jak bardzo ją przypomina. Odłożyła fotografię na szafkę ostrożnie jak kruchą relikwię i otarła łzy, które nie wiadomo skąd wzięły się na jej policzkach.
Żeby opanować nagłe wzruszenie i palące poczucie straty, wzięła do rąk ostatnią paczkę. Była spora, bezkształtna i opakowana papierem tak beznadziejnie, że nie pozostawiała wątpliwości kto ją przysłał. Z rozerwanego opakowanie wypadł lekko znoszony czarny kożuch z przyczepionym bilecikiem.
O co zakład, że cały czas marzniesz, Rickie?
-pytało dobrze znajome pismo, a Erine nie mogła się nie uśmiechnąć.
- Och, Iwan - szepnęła. - Ratujesz mi życie.
Większość dziewczyn kręciłaby nosem na znoszone ubranie, ale nie Rin. Po pierwsze, zgadł, że zamarza w cienkim płaszczyku, na który jeszcze jej starczyło zostawionych przez ojca pieniędzy. Po drugie, przysłał jej prezent od siebie, zapewne nawet nie pytając rodziców o zdanie. Po trzecie, nowy kożuch na bułgarskie mrozy byłby zdecydowanie za ciepły na brytyjską zimę.
Przyglądając się okryciu, zauważyła kopertę wystającą z lewej kieszeni. Zważyła list w dłoni i odłożyła go na szafkę nocną, decydując przeczytać go wieczorem i w odpowiedzi opisać wszystkie wrażenie dzisiejszego dnia. Na samą myśl o wszystkim, co jeszcze dziś ją czeka, rzuciła płaszcz na łóżko, błyskawicznie się ubrała i wybiegła, pozostawiając w opustoszałej sypialni prawdziwe pobojowisko.
W Sali Wejściowej musiała uskoczyć w bok, by uniknąć zdeptania kilku białych myszek i stratowania przez goniącą je kotkę woźnego. Przez chwilę ze zdziwieniem patrzyła w korytarz, w którym zniknęły zwierzęta. Wzruszyła ramionami i ruszyła dalej. Zatrzymała się w progu Wielkiej Sali z zapartym tchem. Nigdy nie widziała tak pięknych dekoracji, zwłaszcza, że w ostatnich latach te w jej domu stawały się coraz bardziej ascetyczne.
Wzdłuż ścian stało kilkanaście potężnych choinek z połyskującymi złotem bombkami i prawdziwymi soplami, zewsząd zwieszały się gałązki jemioły i ostokrzewu, a na suto zastawionym stole (ze względu na liczbę pozostałych w zamku osób wystarczył jeden owalny) piętrzyły się magiczne cukierki-niespodzianki.
Z daleka było słychać śmiech Freda i George'a, siedzących obok czerwonego ze złości Percy'ego, który demonstracyjnie odwrócił się do nich plecami i podjął rozmowę z Ronem i Harrym. Cała piątka miała na sobie ciepłe, ręcznie wykonane swetry i Erine poczuła ukłucie zazdrości. Jej nikt nie zrobi takiego swetra, no, chyba, że zmusi Iwana żeby nauczył się robić na drutach. Kiedy spróbowała sobie to wyobrazić, na jej twarz wypłynął szeroki uśmiech, którego nawet nie próbowała ukryć, kiedy siadała na miejscu, które bliźniacy zrobili jej obok siebie, prawie przewracając krzesło brata i powodując lawinę wyrzekań Percy'ego.
- Cześć Gred, cześć, Forge. - przywitała się, patrząc z kpiącym uśmieszkiem na ich pomieszane swetry z inicjałami. Zawsze śmieszyły ją kłopoty, jakie wszyscy mieli z rozróżnieniem bliźniaków. Chociaż - pomyślała, patrząc na ich identyczne uśmiechy, to mogła być po prostu sprawa intuicji.
- Cześć, Rinnie! - Przewróciła teatralnie oczami, w których błyszczały jednak wesołe iskierki. - Jak tam prezenty?
- Świetnie! Dostałam tyle ciepłych rzeczy, że wreszcie nie będę marzła.
Bracia spojrzeli po sobie z uniesionymi brwiami.
- Nie no, dużo jej nie trzeba...
- Cieszmy się z małych rzeczy.
- Och, dajcie spokój... - spojrzała z politowaniem na chichoczących rudzielców. - Mam też trochę słodyczy! Chciałam na was przetestować, czy da się jeść ciastka z Bułgarii... Zgadzacie się zostać królikami doświadczalnymi? - uśmiechnęła się słodko, błyskając białymi zębami.
- Z najwyższą przyjemnością! - odparł George, garbiąc się w parodii ukłonu. Uśmiechnęła się i przeniosła swoją uwagę na górę pyszności, którą w czasie rozmowy Fred umieścił na jej talerzu. Było jej głupio, że nie powiedziała im o zdjęciu, ale to było zbyt świeże, zbyt intymne. Nie chciała już mieć przed nimi tajemnic, zwłaszcza tak błahych, ale wolała pokazać im swoją mamę dopiero wtedy, kiedy będzie mogła o niej opowiedzieć. Kiedy sama poczuje, że ją zna.
Nagle zobaczyło coś, co odwróciło jej uwagę od rozmyślań i świątecznego puddingu.
- Co właściwie profesor Dumbledore ma na głowie?! - wykrztusiła, niemal dławiąc się potrawą.
- Nie pytaj. - doradził George, starając się nie wybuchnąć śmiechem na minę przyjaciółki patrzącej na kolorowe, kwieciste i bezkształtne nakrycie głowy dyrektora. Zerknął na brata i obaj wyciągnęli ku dziewczynce po cukierku-niespodziance.
- Gotowa?
Uśmiechnęła się w odpowiedzi, ciągnąc za oba końce.
Rickie
Rinnie
- Cześć Gred, cześć, Forge. - przywitała się, patrząc z kpiącym uśmieszkiem na ich pomieszane swetry z inicjałami. Zawsze śmieszyły ją kłopoty, jakie wszyscy mieli z rozróżnieniem bliźniaków. Chociaż - pomyślała, patrząc na ich identyczne uśmiechy, to mogła być po prostu sprawa intuicji.
- Cześć, Rinnie! - Przewróciła teatralnie oczami, w których błyszczały jednak wesołe iskierki. - Jak tam prezenty?
- Świetnie! Dostałam tyle ciepłych rzeczy, że wreszcie nie będę marzła.
Bracia spojrzeli po sobie z uniesionymi brwiami.
- Nie no, dużo jej nie trzeba...
- Cieszmy się z małych rzeczy.
- Och, dajcie spokój... - spojrzała z politowaniem na chichoczących rudzielców. - Mam też trochę słodyczy! Chciałam na was przetestować, czy da się jeść ciastka z Bułgarii... Zgadzacie się zostać królikami doświadczalnymi? - uśmiechnęła się słodko, błyskając białymi zębami.
- Z najwyższą przyjemnością! - odparł George, garbiąc się w parodii ukłonu. Uśmiechnęła się i przeniosła swoją uwagę na górę pyszności, którą w czasie rozmowy Fred umieścił na jej talerzu. Było jej głupio, że nie powiedziała im o zdjęciu, ale to było zbyt świeże, zbyt intymne. Nie chciała już mieć przed nimi tajemnic, zwłaszcza tak błahych, ale wolała pokazać im swoją mamę dopiero wtedy, kiedy będzie mogła o niej opowiedzieć. Kiedy sama poczuje, że ją zna.
Nagle zobaczyło coś, co odwróciło jej uwagę od rozmyślań i świątecznego puddingu.
- Co właściwie profesor Dumbledore ma na głowie?! - wykrztusiła, niemal dławiąc się potrawą.
- Nie pytaj. - doradził George, starając się nie wybuchnąć śmiechem na minę przyjaciółki patrzącej na kolorowe, kwieciste i bezkształtne nakrycie głowy dyrektora. Zerknął na brata i obaj wyciągnęli ku dziewczynce po cukierku-niespodziance.
- Gotowa?
Uśmiechnęła się w odpowiedzi, ciągnąc za oba końce.
*
Wieczorem, po pełnym wrażeń dniu, pożegnała się z przyjaciółmi i wróciła do pustego dormitorium. No, może nie całkiem pustego. Na posadzce nadal walały się jej rzeczy, a na nocnej szafce, obok fotografii i koperty piętrzyły się skarby z magicznych niespodzianek: talia kart (którymi bliźniacy jeszcze przed obiadem nauczyli ją grać w eksplodującego durnia), cukrowe pióro, które można ssać podczas pisania, zmieniające kolor spinki do włosów ("A po co mi to, Fred?" "Weź, są ładne!"), dowcipny kałamarz, plujący atramentem na każdego, kto nie zapyta grzecznie, czy może zamoczyć pióro, dmuchawka na papierowe kulki i harmonijka ustna. Ładny czarny instrument leżał trochę z boku na kawałku papieru. Rano Rin go zapakuje i razem z listem wyśle do kuzyna w prezencie. W prawdzie nie było to dużo, ale Iwan uwielbiał muzykę.
Tymczasem rozerwała kopertę i siadła na łóżku, spychając do kufra część zajmujących je przedmiotów.
Rickie,
mam nadzieję, że będzie ci ciepło w tej kurtce, ale innej nie mogłem znaleźć.
Tak poza tym, mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku.
U mnie, na szczęście, nie jest gorzej niż zawsze. W szkole bywa ciężko, ale ogólnie narzekam.
Co w domu? Matka jest ostatnio jakaś cieplejsza, a ojciec... sama wiesz, jaki jest.
Ogólnie u mnie nic specjalnego. A co u Ciebie? Jak pierwszy semestr w szkole? Nikt cię nie przejrzał?
A co u wujka? O Merlinie, nie widziałem Was tyle czasu, musisz mi wszystko napisać!
Czekam na odpowiedź!
Uściski,
Iwan
Mimo, że cały list wywołał w niej uczucie ciepła, czytając pytanie o swojego ojca, poczuła się jakby ktoś wepchnął jej do żołądka bryłę lodu. Zapomniała, że ani kuzyn, ani prawdopodobnie reszta rodzina nic nie wie o jego zniknięciu. Otrząsnęła się i wyciągnęła na materacu, wyginając się do wieka kufra, na którym rozłożyła kawałek pergaminu. Uśmiechając się, poprosiła swój nowy kałamarz o odrobinę atramentu i naskrobała odpowiedź.
Kochany Iwanie,
nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię mam! Wszystko jest wspaniałe, dziękuję Wam wszystkim, a szczególnie Tobie.
W szkole jest wspaniale. Przydzielono mnie do Gryffindoru, tego domu, w którym byli moi rodzice. Z nauką jakoś sobie radzę, ale nauczyciel eliksirów mnie nie znosi (miał wątpliwą przyjemność bycia w klasie z moim ojcem).
Kilka osób już wie, czym jaka jestem. Zaczynali się domyślać, ale mogłam zaufać im na tyle, żeby powiedzieć im prawdę. I nie odrzucili mnie! Tylko jedna z moich współlokatorek potrzebuje jeszcze czasu, żeby to przetrawić.
Ale, jak widzisz, mam przyjaciół! Nie jestem sama, to cudowne!
Najlepsi są bliźniacy, Fred i George Weasley. Musisz ich kiedyś poznać. Oni pierwsi się dowiedzieli.
Są dla mnie jak bracia, prawie, jak Ty...
Ich brat chyba coś podejrzewa, nie przepada za mną. Ale pomógł mi, kiedy jeden Ślizgon się do mnie przyczepił. Gryfoni zawsze trzymają się razem.
Pytałeś o tatę. Zupełnie zapomniałam, że Wy nic nie wiecie.
Na wiosnę gdzieś wyjechał, miał wrócić po trzech miesiącach, ale do dzisiaj nie ma po nim śladu. Na szczęście mogłam zostać w szkole na święta. Nie wiedziałam, że mogę za nim tak tęsknić.
Ale w końcu nauczyłam się latać, wiesz?
Tu, w Hogwarcie, prawie wszyscy mówią do mnie Erine, ale na szczęście chłopaki wymyślili do tego zdrobnienie, więc większość kolegów nazywa mnie Rin. Oni mówią na mnie Rinnie, a to jest naprawdę najlepsze z wszystkiego, na co wpadli.
Mam nadzieję, że Cię nie zanudziłam i że nie pogubisz się w tym chaosie.
Pisz do mnie częściej!
Ściskam Cię mocno, braciszku.
Rin (a mów do mnie, jak chcesz).
PS: W paczce jest prezent dla Ciebie. To nie dużo, ale mam nadzieję, że Ci się spodoba, zawsze chciałeś taką mieć, jak byliśmy mali.
Podniosła się z niewygodnej pozycji i zwinęła w rulon. Zaadresowała go i zapieczętowała, po czym opakowała organki i przywiązała list do paczuszki. Przebrała się w piżamę i wskoczyła pod prześcieradła, nie przejmując się panującym w sypialni bałaganem. Ostatni raz spojrzała na uśmiechniętą twarz matki i zasnęła.
#############
Wreszcie jest!
Strasznie was przepraszam, że tyle to trwało, ale ten rozdział okropnie mi się nie podoba.
Strasznie mnie demotywował, i przerabiałam niemal każdy fragment, przepisując go z zeszytu,
więc trwało to tyle czasu, a skończyłam go już w wakacje.
Przepisując, postanowiłam napisać krótki rozdział o gwiazdkowych wyczynach Rin i bliźniaków,
spodziewajcie się go przed grudniem. Następny prawdziwy rozdział może się nie pojawić przed Nowym Rokiem, bo chcę na spokojnie nadrobić zaległości na Waszych blogach i bez stresu napisać nową notkę,
a szkoła daje mi nieźle popalić. Dam znać, jak mi idzie, i kiedy można się spodziewać publikacji.
Pozdrawiam i dziękuję, ze jeszcze jesteście!
PS Pół rozdziału nie jest sprawdzone, jeśli znajdziecie błędy, napiszcie, poprawię! Z góry dziękuję.
Jak zwykle Wiecznie Spóźniona Erica
środa, 25 czerwca 2014
IX: Później będzie łatwiej...
Erine otworzyła swoje szare, wilcze oczy i przeciągnęła się. Przez chwilę kontemplowała baldachim, okrywający jej łóżko, zastanawiając się, czy wydarzenia tej nocy nie były tylko snem. Kiedy stwierdziła, że nie, ogarnęły ją wątpliwości: czy przez ostatnie parę godzin bliźniacy nie zmienili zdania na jej temat i nie zerwą przyjaźni. Był tylko jeden sposób, by się o tym przekonać.
Usiadła, przygładzając burzę włosów, sterczących w każdym możliwym kierunku (pod wpływem leśnego powietrza napuszyły się, jeszcze bardziej zwiększając objętość). Odsunęła kotarę, wstając. Przeciągnęła się, wyginając do tyłu, aż coś chrupnęło w jej kręgosłupie. Nie zważając na to, że była dopiero szósta rano - sprawdziła godzinę na budziku Lavender, który nigdy nikogo nie budził, za to perfekcyjnie wskazywał czas - ubrała się w kompletny uczniowski mundurek: białą koszulę z kołnierzykiem, krawat w barwach domu i czarną, prostą szatę. Dała sobie spokój z czesaniem, gdy po kilku minutach nie udało jej się zlokalizować zęba, który jej grzebień stracił w gąszczy jej włosów.
Nigdzie nie mogła znaleźć butów. Zajrzała pod szafkę nocną i wieko kufra, ale zauważyła je dopiero, kiedy schyliła się pod łóżko. Uśmiechała się, wciągając je na stopy. Wykonane z ciemnobrązowego zamszu, z wąskimi przodami i szerokimi cholewkami tuż nad kostkę, na delikatnym podwyższeniu, były jej ulubionym obuwiem, nosiła je niezależnie od pogody. Były zrobione na wzór botków jej matki, jedynej rzeczy należącej do niej, jaką kiedykolwiek znalazła w domu; jej pokój był zamknięty na cztery spusty, a buty wygrzebała kilka lat wcześniej z szafki w przedsionku. Ich kopię ojciec podarował jej na ostatnie święta.
Westchnęła i po cichu wyszła z pokoju. W salonie nie było żywej duszy, więc zamiast czekać na Freda i George'a, postanowiła się przejść. Starając się stawiać jak najcichsze kroki, zeszła na parter, ale wrota okazały się zamknięte. Wróciła więc do tajnego wyjścia, którego użyli w nocy. Zbiegła po stromych stopniach, modląc się, by po drodze nie natknąć się na Filcha.
Odetchnęła głęboko, gdy tylko znalazła się na zewnątrz. Rześkie poranne powietrze wydawało się cudownie lekkie w porównaniu z gęstą atmosferą Nocy Duchów, a zamiast srebrzystego księżyca przez chmury przeświecały pierwsze promienie wschodzącego słońca. Swobodnym spacerem dotarła na skraj błoni, do chatki gajowego. Hagrid krzątał się przed drzwiami, usiłując namówić Kła na przechadzkę. Kiedy zauważył dziewczynkę, pomachał do niej ogromną dłonią. Podeszła, starając się trzymać na dystans od psa, pamiętając ich poprzednie spotkanie. Jednak tym razem brytan przyjaźnie zamachał ociężałym ogonem, wywołując na jej twarzy cień uśmiechu
- Co tu robisz tak wcześnie, Erica? Wrota powinny być jeszcze zamknięte.
- Ee... nie mogłam spać i poszłam się przejść. - bąknęła wymijająco, uciekając spojrzeniem.
- I tak przypadkiem wyniosło cię akurat przed moją chatę, hm?
No tak, z tego nie zdoła się wyłgać.
- Hagridzie... Profesor Dumbledore powiedział ci o mnie wszystko, tak? - zerknęła niepewnie, a gdy wielkolud potwierdził, podjęła, wyłamując sobie palce. - Bo... w nocy... tak wyszło, że tam byłam, to znaczy w lesie, i coś nas, znaczy mnie, napadło, i zraniłam to coś... chyba dość mocno... Ale żyło i... - urwała, nieco przerażona chmurną miną gajowego.
- Jak wyglądał ten stwór?
Zmarszczyła brwi, usiłując przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów.
- Wielki potwór, miał siwe futro, chyba był stary. Przypominał niedźwiedzia, i miał taki dziwny pysk, jakby pomiędzy niedźwiedziem a wilkiem.
- Behemot.Te bestie znowu musiały przywlec się do Zakazanego Lasu. Pląta się to tu i tam i zżera, co tylko uda im się złapać. Ohydne stwory. I strasznie głupie, cholibka, wybijają się nawzajem i jest ich coraz mniej. Będę musiał iść to opatrzyć. Ech, miałem kapkę inne plany na dzisiaj... - wymownie spojrzał na beczkę pełną wody i posklejane, brudne futro kła.
Wszedł do domu i zaczął upychać w przepastnych kieszeniach płaszcza rzeczy, potrzebne na tę wyprawę: skrawki materiału i fiolki z tajemniczymi wywarami. Nagle wystawił zza framugi kudłatą głowę.
- Erica! Następnym razem trzymaj Weasleyów z daleka od lasu! I ciebie też to dotyczy!
Stała z uchylonymi ustami, mimo rozbawienia, wywołanego zbulwersowaniem gajowego, nie mogąc wyjść z szoku, że wszystkiego się domyślił. Ale ostatecznie nie była szczególnie tajemnicza, a z bliźniakami miał do czynienia od dwóch lat i wiedział, czego można się po nich podziewać.
Kiedy Hagrid miał już wszystko, czego potrzebował, zatrzasnął ogromne drewniane drzwi, zamknął je na klucz, pożegnał się z gryfonką, zagwizdał na psa, po czym z kuszą na ramieniu i latarnią w dłoni ruszył do linii drzew. Dziewczynka poszła w swoją stronę, ale nagle stado ptaków, które spłoszone poderwały się do lotu z głębi lasu, przypomniała sobie o dziwnym przeczuciu, które towarzyszyło jej przez całą nocną eskapadę, i o zapomnianym, agonalnym rżeniu jakiegoś zwierzęcia.
- Hagridzie, w tym lesie jest coś złego, co nie powinno... - zawołała, ale mężczyzna zniknął już pośród drzew.
Nigdzie nie mogła znaleźć butów. Zajrzała pod szafkę nocną i wieko kufra, ale zauważyła je dopiero, kiedy schyliła się pod łóżko. Uśmiechała się, wciągając je na stopy. Wykonane z ciemnobrązowego zamszu, z wąskimi przodami i szerokimi cholewkami tuż nad kostkę, na delikatnym podwyższeniu, były jej ulubionym obuwiem, nosiła je niezależnie od pogody. Były zrobione na wzór botków jej matki, jedynej rzeczy należącej do niej, jaką kiedykolwiek znalazła w domu; jej pokój był zamknięty na cztery spusty, a buty wygrzebała kilka lat wcześniej z szafki w przedsionku. Ich kopię ojciec podarował jej na ostatnie święta.
Westchnęła i po cichu wyszła z pokoju. W salonie nie było żywej duszy, więc zamiast czekać na Freda i George'a, postanowiła się przejść. Starając się stawiać jak najcichsze kroki, zeszła na parter, ale wrota okazały się zamknięte. Wróciła więc do tajnego wyjścia, którego użyli w nocy. Zbiegła po stromych stopniach, modląc się, by po drodze nie natknąć się na Filcha.
Odetchnęła głęboko, gdy tylko znalazła się na zewnątrz. Rześkie poranne powietrze wydawało się cudownie lekkie w porównaniu z gęstą atmosferą Nocy Duchów, a zamiast srebrzystego księżyca przez chmury przeświecały pierwsze promienie wschodzącego słońca. Swobodnym spacerem dotarła na skraj błoni, do chatki gajowego. Hagrid krzątał się przed drzwiami, usiłując namówić Kła na przechadzkę. Kiedy zauważył dziewczynkę, pomachał do niej ogromną dłonią. Podeszła, starając się trzymać na dystans od psa, pamiętając ich poprzednie spotkanie. Jednak tym razem brytan przyjaźnie zamachał ociężałym ogonem, wywołując na jej twarzy cień uśmiechu
- Co tu robisz tak wcześnie, Erica? Wrota powinny być jeszcze zamknięte.
- Ee... nie mogłam spać i poszłam się przejść. - bąknęła wymijająco, uciekając spojrzeniem.
- I tak przypadkiem wyniosło cię akurat przed moją chatę, hm?
No tak, z tego nie zdoła się wyłgać.
- Hagridzie... Profesor Dumbledore powiedział ci o mnie wszystko, tak? - zerknęła niepewnie, a gdy wielkolud potwierdził, podjęła, wyłamując sobie palce. - Bo... w nocy... tak wyszło, że tam byłam, to znaczy w lesie, i coś nas, znaczy mnie, napadło, i zraniłam to coś... chyba dość mocno... Ale żyło i... - urwała, nieco przerażona chmurną miną gajowego.
- Jak wyglądał ten stwór?
Zmarszczyła brwi, usiłując przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów.
- Wielki potwór, miał siwe futro, chyba był stary. Przypominał niedźwiedzia, i miał taki dziwny pysk, jakby pomiędzy niedźwiedziem a wilkiem.
- Behemot.Te bestie znowu musiały przywlec się do Zakazanego Lasu. Pląta się to tu i tam i zżera, co tylko uda im się złapać. Ohydne stwory. I strasznie głupie, cholibka, wybijają się nawzajem i jest ich coraz mniej. Będę musiał iść to opatrzyć. Ech, miałem kapkę inne plany na dzisiaj... - wymownie spojrzał na beczkę pełną wody i posklejane, brudne futro kła.
Wszedł do domu i zaczął upychać w przepastnych kieszeniach płaszcza rzeczy, potrzebne na tę wyprawę: skrawki materiału i fiolki z tajemniczymi wywarami. Nagle wystawił zza framugi kudłatą głowę.
- Erica! Następnym razem trzymaj Weasleyów z daleka od lasu! I ciebie też to dotyczy!
Stała z uchylonymi ustami, mimo rozbawienia, wywołanego zbulwersowaniem gajowego, nie mogąc wyjść z szoku, że wszystkiego się domyślił. Ale ostatecznie nie była szczególnie tajemnicza, a z bliźniakami miał do czynienia od dwóch lat i wiedział, czego można się po nich podziewać.
Kiedy Hagrid miał już wszystko, czego potrzebował, zatrzasnął ogromne drewniane drzwi, zamknął je na klucz, pożegnał się z gryfonką, zagwizdał na psa, po czym z kuszą na ramieniu i latarnią w dłoni ruszył do linii drzew. Dziewczynka poszła w swoją stronę, ale nagle stado ptaków, które spłoszone poderwały się do lotu z głębi lasu, przypomniała sobie o dziwnym przeczuciu, które towarzyszyło jej przez całą nocną eskapadę, i o zapomnianym, agonalnym rżeniu jakiegoś zwierzęcia.
- Hagridzie, w tym lesie jest coś złego, co nie powinno... - zawołała, ale mężczyzna zniknął już pośród drzew.
*
Na szkolnym korytarzu stukały samotne kroki. Wbrew swemu zwyczajowi, po porannym zwiedzaniu Erine wracała do pokoju wspólnego, zamiast udać się od razu na śniadanie. Rozmowa z Hagridem, w której nie zdążyła mu powiedzieć o złu, czającym się w Zakazanym Lesie, nadal nie dawała jej spokoju.
Nic mu nie będzie - usiłowała się przekonać, wlokąc się pod portret Grubej Damy. Malowana kobieta przecierała oczy, przeglądając się w niewielkim, ręcznym lusterku. Zauważyła gryfonkę dopiero wtedy, gdy ta zatrzymała się krok przed obrazem.
- Podaj hasło. - zażądała Gruba Dama, ziewając umiarkowanie dystyngowanie.
- Galopujące gargulce. - wymamrotała Rin z rezygnacją.
- Coś ty taka wesoła i pełna życia z samego rana? - spytała z przekąsem Dama, zanim portret odchylił się, umożliwiając wejście do środka.
Tuż za przejściem dziewczynka wyminęła dwóch postawnych siódmoroczniaków o podkrążonych oczach, którzy określali Snape'a wyjątkowo soczystymi epitetami. Eseje - postawiła diagnozę, oglądając się za nimi. Pewna, ze nikogo innego nie ma w salonie, udała się do swojej sypialni i zabrała torbę z książkami. Uśmiechnęła się do zaspanej Hermiony i w miarę rześkiej Parvati, która stała po środku pokoju i zastanawiała się, czy już budzić Lavender. Zostawiając ją z tą decyzją, Rinnie opuściła pokój na palcach, cichutko zamykając drzwi.
Zbiegła po schodach, zatrzymując się u ich stóp. W fotelach na przeciwko siedzieli bliźniacy. Czekała na to spotkanie odkąd się obudziła, ale nie była przygotowana na ucisk w żołądku, który teraz czuła.
- Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha, Rinusiu. - oznajmił Fred, podnosząc się i mierzwiąc jej włosy nad czołem. George spojrzał krytycznie na dzieło brata i "poprawił" je z lewej strony.
- Zaraz zobaczę dwa wyjątkowo piegowate, jeśli nie przestaniecie tak robić... - odpowiedziała groźnym szeptem, jednak w jej oczach tańczyły wesołe iskierki. Ogromna ulga, spowodowana swobodnym zachowaniem przyjaciół odmieniło jej samopoczucie o 180º i wyparło z myśli troskę o gajowego.
- Czy ona nam grozi, Fred? - spytał George z udawanym przerażeniem.
- Przypuszczam, że nie sądzę - wyszczerzył się drugi bliźniak. - Właściwie możemy już iść, czekaliśmy tylko na ciebie. Lee jest nadal święcie obrażony o te dredy. - dorzucił w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie.
- W dziennym świetle są jeszcze bardziej, hmm, urocze.
Nic mu nie będzie - usiłowała się przekonać, wlokąc się pod portret Grubej Damy. Malowana kobieta przecierała oczy, przeglądając się w niewielkim, ręcznym lusterku. Zauważyła gryfonkę dopiero wtedy, gdy ta zatrzymała się krok przed obrazem.
- Podaj hasło. - zażądała Gruba Dama, ziewając umiarkowanie dystyngowanie.
- Galopujące gargulce. - wymamrotała Rin z rezygnacją.
- Coś ty taka wesoła i pełna życia z samego rana? - spytała z przekąsem Dama, zanim portret odchylił się, umożliwiając wejście do środka.
Tuż za przejściem dziewczynka wyminęła dwóch postawnych siódmoroczniaków o podkrążonych oczach, którzy określali Snape'a wyjątkowo soczystymi epitetami. Eseje - postawiła diagnozę, oglądając się za nimi. Pewna, ze nikogo innego nie ma w salonie, udała się do swojej sypialni i zabrała torbę z książkami. Uśmiechnęła się do zaspanej Hermiony i w miarę rześkiej Parvati, która stała po środku pokoju i zastanawiała się, czy już budzić Lavender. Zostawiając ją z tą decyzją, Rinnie opuściła pokój na palcach, cichutko zamykając drzwi.
Zbiegła po schodach, zatrzymując się u ich stóp. W fotelach na przeciwko siedzieli bliźniacy. Czekała na to spotkanie odkąd się obudziła, ale nie była przygotowana na ucisk w żołądku, który teraz czuła.
- Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha, Rinusiu. - oznajmił Fred, podnosząc się i mierzwiąc jej włosy nad czołem. George spojrzał krytycznie na dzieło brata i "poprawił" je z lewej strony.
- Zaraz zobaczę dwa wyjątkowo piegowate, jeśli nie przestaniecie tak robić... - odpowiedziała groźnym szeptem, jednak w jej oczach tańczyły wesołe iskierki. Ogromna ulga, spowodowana swobodnym zachowaniem przyjaciół odmieniło jej samopoczucie o 180º i wyparło z myśli troskę o gajowego.
- Czy ona nam grozi, Fred? - spytał George z udawanym przerażeniem.
- Przypuszczam, że nie sądzę - wyszczerzył się drugi bliźniak. - Właściwie możemy już iść, czekaliśmy tylko na ciebie. Lee jest nadal święcie obrażony o te dredy. - dorzucił w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie.
- W dziennym świetle są jeszcze bardziej, hmm, urocze.
*
Minęła połowa listopada. Na dworze z każdym dniem robiło się coraz chłodniej, o świcie pojawiał się szron, codziennie utrzymujący się dłużej. Ten ranek był wyjątkowo chłodny. Erine nie spała zbyt dobrze i obudziły ją dopiero piski spanikowanej Lavender, która wyskoczyła z łóżka, przerażona, że już tak późno, i dostała małego szoku termicznego. Erine szykowała się szybciej od koleżanki, więc ubierając się leniwie, wciąż jeszcze dochodząc do siebie, była gotowa w tym samym czasie.
Szła teraz, wtulając szyję w kołnierz skórzanej kurtki, na którą narzuciła szatę, i słuchała chaotycznej paplaniny dziewczyn. Te kilka tygodni dzielenie sekretu z bliźniakami dodały jej nieco pewności siebie. Pójście ze współlokatorkami do Wielkiej Sali przez ciemne korytarze już nie wywoływało w niej paniki. Poza tym ufała dziewczynom na tyle, że niezbyt obawiała się ich reakcji. Uśmiechnęła się lekko do siebie. Dzięki Fredowi i George'owi przestawała się uważać za potwora.
- Z czego się cieszysz, Rin? - wyrwał ją z zamyślenia miły głos Parvati.
- Ja? Z niczego. - uśmiechnęła się, tym razem do brunetki, a jej oczy zalśniły delikatnie w cieniu. - Po prostu mam dobry humor. - uzupełniła, patrząc przed siebie. Mimo wszystko, lepiej się za bardzo nie pokazywać.
- Już niedługo. - wtrąciła posępnie Lav. - Snape pewnie planował przez cały weekend, jak nas wykończyć.
Wszystkie trzy gryfonki jęknęły głośno. Poniedziałkowa lekcja eliksirów, trzecia lekcja tego dnia, była wyjątkowo znienawidzona, nawet przez faworyzowanych przez nauczyciela ślizgonów.
- Nie musiałaś tego mówić... - pożaliła się Rin, przeczesując palcami bujne włosy i pozwalając im opaść na twarz. Mimo zaufania do znajomych, obcych bała się w dalszym ciągu.
- Weasleyowie znowu cię nam porwą, prawda? - upewniła się Parvati, gdy przekraczały masywne wrota Wielkiej Sali.
- Nie wiem. Tak. - poprawiła się, widząc rude czupryny bliźniaków, trzęsących się ze śmiechu, przez który ledwo dawali radę do niej pomachać. Tuż obok nich z ławy poderwało się właśnie kilku chłopców z ich klasy i z mniej lub bardziej głupimi minami zmierzali do wyjścia. Wśród nich był Lee Jordan, którego włosy odzyskały już naturalny, ciemny kolor, w związku z czym wspaniałomyślnie wybaczył dowcipnym przyjaciołom. W biegu przywitał się z Erine, która odprowadziła go zdziwionym spojrzeniem, zanim zajęła miejsce obok rudzielców. Popatrzyła na nich pytająco, biorąc łyk gorącej herbaty.
- Uwierzysz, że tylko my pamiętaliśmy o pracy domowej z transmutacji? - wykrztusi Fred pomiędzy salwami niekontrolowanego rechotu. Dziewczynka zachichotała i zaczęła żuć rogalika z czekoladą, czekając, aż przyjaciele wreszcie się uspokoją. Spojrzała w górę, na zaczarowane sklepienie. Dziś wyglądało jak ponure, jesienne niebo. Gęste chmury zwiastowały opady, jednak nie wiadomo było, czy spodziewać się deszczu, czy pierwszego w tym roku śniegu.
Zachmurzone niebo było szare. Ciemnoszare, jak oczy jej ojca. Opuściła wzrok, gorączkowo szukając czegoś, by zająć myśli.. Wtedy przypomniała sobie, o czym myślała poprzedniego wieczora.
- Chłopaki... chciałabym was o coś poprosić. - powiedziała niepewnym półgłosem, uciekając spojrzeniem.
- Spędzamy razem sporo czasu, a wy przyjaźnicie się z Lee Jordanem... Nie chcę, żebyście mieli przed nim jakieś tajemnice... - urwała, widząc jak oczy bliźniaków robią się większe i większe. Westchnęła. - Po prostu... powinien wiedzieć, i chciałam was poprosić, żebyście mu powiedzieli... o mnie. Nie wszystko. Tylko tyle, żeby wiedział, co jest grane. Tyle, ile trzeba. - spojrzała na nich i przez moment dostrzegli w jej oczach to zagubienie, którego w nich nie było od Nocy Duchów.
- Nie ma sprawy, Rinnie.
- Powiemy mu. Trochę.
- Tyle, ile trzeba.
- Tyle, żeby ogarnął...
- On i tak nie ogarnie...
- Stary, jak my ogarnęliśmy...
Erine nie wytrzymała i parsknęła śmiechem, podczas, gdy bracia nadal się przekomarzali. Gdy udało jej się uspokoić, większość uczniów opuszczała salę i udawała się na lekcje.
- Na nas też pora, Fred, transmutacja czeka.
- Więc zbierajmy się.
Dziewczynka miała na końcu języka uwagę, że nie zaczyna się zdania od więc, gdy nagle bliźniacy śmiertelnie pobledli i spojrzeli na siebie.
- Wypracowania...
- Dla McGonnagal...
- Zostały...
- W BIBLIOTECE!
Teraz to bliźniacy wybiegli z sali w szaleńczym tempie, zostawiając przy stole duszącą się ze śmiechu dziewczynkę. Rin rozejrzała się i przez łzy zauważyła Parvati i Lavender, przybite perspektywą tortur Snape'a. Wzięła swój niedokończony rogalik i poszła w ich stronę. Chyba wiedziała, jak je rozweselić.
*
- Eliksir miał być pistacjowo zielony, a nie miętowy, Volf. Możesz mi wyjaśnić, dlaczego nie jest?
Lavender miała rację. Eliksir dekoncentrujący (jakby ktokolwiek w tej szkole takiego potrzebował) miał piekielnie trudną recepturę, zwłaszcza na ich możliwości. Poza tym opary, unoszące się nad kociołkami skutecznie rozpraszały pracujące przy nich osoby, a profesor był jeszcze mniej przyjazny młodzieży niż zwykle.
- Może jest złe światło? Ja widzę pistacjowy - zaryzykowała. Nie zamierzała znowu dać Snape'owi okazji do pastwienia się nad sobą.
- Och, ja wiem, że ty widzisz różne rzeczy, Volf. Co pana tak bawi, panie Malfoy? Może teraz przyjrzymy się pańskiej pracy.
- Stronniczy gad... - wyszeptał Harry ledwo przebijając się przez peany na cześć co najwyżej miętowej brei uwarzonej przez ślizgona. Potter też został zmieszany z błotem. Standardowo. Ich męki przerwał dzwonek, który zmusił nauczyciela do przerwania subiektywnego oceniania uczniów i zadania pracy domowej.
- W trzydziestu calach pergaminu wykażcie, jakie błędy popełniliście podczas ważenia eliksiru. Macie wyczerpać temat. - Snape cedził każde słowo osobno, co nadawało jego wypowiedzi szczególnie nieprzyjemny charakter.
Udręczeni pierwszoklasiści zebrali swoje rzeczy z prędkością światła i w pośpiechu wychodzili z lochu. Przybita Erine czekała przy drzwiach na koleżanki z pokoju. W takim nastroju nawet odludki potrzebują czyjegoś towarzystwa. Obejrzała się, by sprawdzić, czy koleżanki już idą, i coś strzepnęło jej na twarz starannie odgarnięte włosy. Zmarszczyła brwi.
- Tu jest za dużo ludzi. Chodźmy gdzieś, gdzie jest jaśniej. - usłyszała szept brunetki.
Zszokowana spojrzała jej pytająco w oczy, ale Parvati tylko wymownie kiwnęła głową i, łapiąc za rękaw, pociągnęła w kierunku schodów.
*
Po obiedzie pierwszą popołudniową lekcją było zielarstwo. Pierwszoklasiści właśnie zaczęli opuszczać Wielką Salę, gdy zaczarowane sklepienie zachmurzyło się całkowicie, zwiastując śnieg.Wywołało to powszechne podekscytowanie, oznaczało jednak pilną potrzebę wydobycia zimowych okryć.
- O rety, muszę lecieć po płaszcz! - Rin przerwała opowiadanie bliźniakom, ile mogła wiedzieć Parvati.
- Mam zielarstwo, zobaczymy się wieczorem! - uśmiechnęła się na koniec i szybkim krokiem skierowała się na wieżę. Wchodząc do pokoju wspólnego minęła Hermionę. Ciepło ubrana gryfonka uśmiechnęła się na powitanie.
- Gdzie zgubiłaś chłopaków? - nie wiedziała, czemu właściwie zdecydowała się zagadać.
- Zjadłam szybciej i poszłam do biblioteki. Spotkamy się przy szklarniach. Może pójdziemy razem?
- Dzięki, ale muszę poszukać płaszcza. Chyba wsadziłam go na samo dno kufra.
- O, wreszcie zaczniesz chodzić w płaszczu? to chyba cud, że jeszcze się nie przeziębiłaś, robiło mi się zimno, jak tylko na ciebie patrzyłam.
- Mam jakieś norweskie korzenie, tam cały czas jest zimno. - Rin z uśmiechem wzruszyła ramionami. Podobała jej się ta rozmowa, była taka... normalna.- Ale jak już jest śnieg, to trzeba się ubrać. Lećmy już, bo się spóźnimy.
Dziewczynki odwróciły się i każda ruszyła w swoją stronę. W dormitorium Rinnie zastała Lavender, która dla odmiany czekała na Parvati, dobierającą szalik do okrycia. Erine przyklęknęła przy łóżku i wyszarpnęła z pod niego kufer, którego wieko jęknęło żałośnie przy otwieraniu. Jego zawartość była, delikatnie mówiąc, w nieładzie. Naprawdę musiałaby w nim posprzątać.
- Rinnie, czekać na ciebie? - spytała Lav, gdy brunetka wrzucała do swojej skrzyni odrzucony szalik.
- Idźcie. To jeszcze potrwa. - Rin nawet nie wynurzyła głowy z kufra. Kiedy drzwi się zamknęły, zaczęła przeklinać swoją głupotę. Przecież w sypialni stała szafa. Jedna szafa dla czterech dziewczyn, akurat tyle miejsca, by powiesić płaszcze, peleryny i szaty. Mogła wypakować okrycie we wrześniu, teraz po prostu wyjęłaby je z szafy, zamiast przekopywać się przez cały swój dobytek.
W końcu udało jej się wyszarpnąć płaszcz z kłębowiska ubrań. Jedyny płaszcz, na który wystarczyło jej pozostawionych przez ojca pieniędzy. Nadawał się na zimną jesień, a musiał wystarczyć również na całą mroźną zimę. Spojrzała na niego; nie wyglądał źle. Tylko czy nie zamarznie na kość, kiedy spadnie więcej śniegu? Trzymała płaszcz przed sobą, oceniając jego stan, aż jej wzrok padł na wszywkę z nazwiskiem. Erine E. Volf. Westchnęła.
- Naprawdę mógłbyś już wrócić, tato...
Kilka minut później szła korytarzem do Sali Wejściowej. Przez całą drogę szamotała się z klamrą płaszcza, która za nic nie chciała się zapiąć. Była już niedaleko wyjścia, kiedy usłyszała czyjeś kroki, dość blisko. Odruchowo się skuliła, nadal bała się obcych ludzi, a nie mógł to być żaden z jej przyjaciół. I na swoje nieszczęście miała rację.
- No proszę, kogo my tu mamy... - rozległ się za nią zimny głos Dracona Malfoya. - Nawet nie umiesz się ubrać, co? Nawet tego twój żałosny ojciec cię nie nauczył? - wysyczał, stając tuż przed dziewczynką. Nie musiała unosić wzroku z czubków jego drogich butów, żeby wyobrazić sobie drwiący uśmiech na twarzy ślizgona.
- Nic nie wiesz o moim...
- A ty wiesz, skoro trzymał cię zamkniętą w domu przez cały czas?! Co nawet nie umiesz spojrzeć mi w oczy, ty tchórzu? Patrz na mnie! - wrzasnął i uniósł rękę, ale zanim zdążył ją tknąć, powstrzymał go inny krzyk.
- Zostaw ją, Malfoy!
Dziewczynka była tak samo zdziwiona, jak jej agresor. To był głos Rona.
- Co, Weasley, ciągnie biedę do biedy? - zadrwił, pogardliwie szarpiąc połę wyświechtanego płaszcza Erine.
- Mówiłem ci, zostaw ją! - warknął rudzielec zbliżając się tak bardzo, że bez mógł problemu uderzyć Malfoya w bladą twarz.
- Jest nas tu troje. Dwa słowa przeciw twojemu, w razie czego, więc radzę ci, zabieraj się stąd.
- Zapłacisz mi za to. Oboje mi zapłacicie. - wysyczał blondyn, oddalając się z grymasem wściekłości.
- Zrobił ci coś? - zapytał Ron, kiedy kroki ślizgona ucichły.
- Nie, w porządku. Ale czemu, Ron? Przecież... ty mnie nie cierpisz... - szepnęła, zerkając na niego niepewnie spod grzywki.
- Ja po prostu nie wiem kim, czy czym ty tam jesteś. Ale przyjaźnisz się z moimi braćmi. I jesteś w Gryfindorze, a gryfoni trzymają się razem.
- Dziękuję, Ron. - uśmiechnęła się do niego, trochę niepewnie, ale za to patrząc mu prosto w oczy, podczas gdy zbłąkany promień słońca tworzył nieludzkie srebrne refleksy w jej własnych.
- Idź na lekcję, ja szedłem jeszcze po rzeczy. - rzucił na odchodne.
Gryfoni trzymają się razem. Jeszcze nigdy aż tak się nie cieszyła, że jest gryfonką.
- Hej. - przywitała się cicho kilka minut później, podchodząc do Harry'ego i swoich współlokatorek. Usiłowała się uśmiechnąć, ale nie całkiem jej się udało.
- Ron zaraz przyjdzie. On... mijał mnie w Sali Wejściowej. - wyjaśniła, nie mogąc się zdobyć na opowiedzenie incydentu z Malfoyem.
- Rin, coś się stało? - spytała Hermiona, zaniepokojona nagłą zmianą nastroju koleżanki.
- Nie, nie, skąd. - odpowiedziała szybko dziewczynka, patrząc w bok. Gryfonkom wydało się to dziwne, przecież w dziennym świetle nikt nie mógł zauważyć w niej niczego dziwnego.
- Rinnie...
- Patrzcie, Ron idzie! - Erine podjęła ostateczną próbę odwrócenia od siebie uwagi. Posłała Weasleyowi spojrzenie mówiące "Nie mów im, proszę". Rudzielec, nawet, jeśli się zdziwił, nie dał nic po sobie poznać. Kiedy włączył się do rozmowy, zmieniając temat, spuściła głowę i skuliła się, zamykając w sobie.
Twój żałosny ojciec...
Zamknięta w domu przez cały czas...
Ty tchórzu...
Kim, czy czym ty tam jesteś...
Nie radziła sobie. Wchodząc do szklarni, podjęła decyzję.
- O rety, muszę lecieć po płaszcz! - Rin przerwała opowiadanie bliźniakom, ile mogła wiedzieć Parvati.
- Mam zielarstwo, zobaczymy się wieczorem! - uśmiechnęła się na koniec i szybkim krokiem skierowała się na wieżę. Wchodząc do pokoju wspólnego minęła Hermionę. Ciepło ubrana gryfonka uśmiechnęła się na powitanie.
- Gdzie zgubiłaś chłopaków? - nie wiedziała, czemu właściwie zdecydowała się zagadać.
- Zjadłam szybciej i poszłam do biblioteki. Spotkamy się przy szklarniach. Może pójdziemy razem?
- Dzięki, ale muszę poszukać płaszcza. Chyba wsadziłam go na samo dno kufra.
- O, wreszcie zaczniesz chodzić w płaszczu? to chyba cud, że jeszcze się nie przeziębiłaś, robiło mi się zimno, jak tylko na ciebie patrzyłam.
- Mam jakieś norweskie korzenie, tam cały czas jest zimno. - Rin z uśmiechem wzruszyła ramionami. Podobała jej się ta rozmowa, była taka... normalna.- Ale jak już jest śnieg, to trzeba się ubrać. Lećmy już, bo się spóźnimy.
Dziewczynki odwróciły się i każda ruszyła w swoją stronę. W dormitorium Rinnie zastała Lavender, która dla odmiany czekała na Parvati, dobierającą szalik do okrycia. Erine przyklęknęła przy łóżku i wyszarpnęła z pod niego kufer, którego wieko jęknęło żałośnie przy otwieraniu. Jego zawartość była, delikatnie mówiąc, w nieładzie. Naprawdę musiałaby w nim posprzątać.
- Rinnie, czekać na ciebie? - spytała Lav, gdy brunetka wrzucała do swojej skrzyni odrzucony szalik.
- Idźcie. To jeszcze potrwa. - Rin nawet nie wynurzyła głowy z kufra. Kiedy drzwi się zamknęły, zaczęła przeklinać swoją głupotę. Przecież w sypialni stała szafa. Jedna szafa dla czterech dziewczyn, akurat tyle miejsca, by powiesić płaszcze, peleryny i szaty. Mogła wypakować okrycie we wrześniu, teraz po prostu wyjęłaby je z szafy, zamiast przekopywać się przez cały swój dobytek.
W końcu udało jej się wyszarpnąć płaszcz z kłębowiska ubrań. Jedyny płaszcz, na który wystarczyło jej pozostawionych przez ojca pieniędzy. Nadawał się na zimną jesień, a musiał wystarczyć również na całą mroźną zimę. Spojrzała na niego; nie wyglądał źle. Tylko czy nie zamarznie na kość, kiedy spadnie więcej śniegu? Trzymała płaszcz przed sobą, oceniając jego stan, aż jej wzrok padł na wszywkę z nazwiskiem. Erine E. Volf. Westchnęła.
- Naprawdę mógłbyś już wrócić, tato...
Kilka minut później szła korytarzem do Sali Wejściowej. Przez całą drogę szamotała się z klamrą płaszcza, która za nic nie chciała się zapiąć. Była już niedaleko wyjścia, kiedy usłyszała czyjeś kroki, dość blisko. Odruchowo się skuliła, nadal bała się obcych ludzi, a nie mógł to być żaden z jej przyjaciół. I na swoje nieszczęście miała rację.
- No proszę, kogo my tu mamy... - rozległ się za nią zimny głos Dracona Malfoya. - Nawet nie umiesz się ubrać, co? Nawet tego twój żałosny ojciec cię nie nauczył? - wysyczał, stając tuż przed dziewczynką. Nie musiała unosić wzroku z czubków jego drogich butów, żeby wyobrazić sobie drwiący uśmiech na twarzy ślizgona.
- Nic nie wiesz o moim...
- A ty wiesz, skoro trzymał cię zamkniętą w domu przez cały czas?! Co nawet nie umiesz spojrzeć mi w oczy, ty tchórzu? Patrz na mnie! - wrzasnął i uniósł rękę, ale zanim zdążył ją tknąć, powstrzymał go inny krzyk.
- Zostaw ją, Malfoy!
Dziewczynka była tak samo zdziwiona, jak jej agresor. To był głos Rona.
- Co, Weasley, ciągnie biedę do biedy? - zadrwił, pogardliwie szarpiąc połę wyświechtanego płaszcza Erine.
- Mówiłem ci, zostaw ją! - warknął rudzielec zbliżając się tak bardzo, że bez mógł problemu uderzyć Malfoya w bladą twarz.
- Jest nas tu troje. Dwa słowa przeciw twojemu, w razie czego, więc radzę ci, zabieraj się stąd.
- Zapłacisz mi za to. Oboje mi zapłacicie. - wysyczał blondyn, oddalając się z grymasem wściekłości.
- Zrobił ci coś? - zapytał Ron, kiedy kroki ślizgona ucichły.
- Nie, w porządku. Ale czemu, Ron? Przecież... ty mnie nie cierpisz... - szepnęła, zerkając na niego niepewnie spod grzywki.
- Ja po prostu nie wiem kim, czy czym ty tam jesteś. Ale przyjaźnisz się z moimi braćmi. I jesteś w Gryfindorze, a gryfoni trzymają się razem.
- Dziękuję, Ron. - uśmiechnęła się do niego, trochę niepewnie, ale za to patrząc mu prosto w oczy, podczas gdy zbłąkany promień słońca tworzył nieludzkie srebrne refleksy w jej własnych.
- Idź na lekcję, ja szedłem jeszcze po rzeczy. - rzucił na odchodne.
Gryfoni trzymają się razem. Jeszcze nigdy aż tak się nie cieszyła, że jest gryfonką.
- Hej. - przywitała się cicho kilka minut później, podchodząc do Harry'ego i swoich współlokatorek. Usiłowała się uśmiechnąć, ale nie całkiem jej się udało.
- Ron zaraz przyjdzie. On... mijał mnie w Sali Wejściowej. - wyjaśniła, nie mogąc się zdobyć na opowiedzenie incydentu z Malfoyem.
- Rin, coś się stało? - spytała Hermiona, zaniepokojona nagłą zmianą nastroju koleżanki.
- Nie, nie, skąd. - odpowiedziała szybko dziewczynka, patrząc w bok. Gryfonkom wydało się to dziwne, przecież w dziennym świetle nikt nie mógł zauważyć w niej niczego dziwnego.
- Rinnie...
- Patrzcie, Ron idzie! - Erine podjęła ostateczną próbę odwrócenia od siebie uwagi. Posłała Weasleyowi spojrzenie mówiące "Nie mów im, proszę". Rudzielec, nawet, jeśli się zdziwił, nie dał nic po sobie poznać. Kiedy włączył się do rozmowy, zmieniając temat, spuściła głowę i skuliła się, zamykając w sobie.
Twój żałosny ojciec...
Zamknięta w domu przez cały czas...
Ty tchórzu...
Kim, czy czym ty tam jesteś...
Nie radziła sobie. Wchodząc do szklarni, podjęła decyzję.
########################
Witam was po skandalicznie długiej przerwie!
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko brak czasu i wyczerpanie intelektualne związane z końcem roku szkolnego. Mam nadzieję, że po tak długim oczekiwaniu ta skromna notka was nie rozczaruje. W wakacje postaram się pisać szybciej.
Przy okazji, zapraszam was na moją miniaturkę, opublikowaną na blogu mojej przyjaciółki.
Odnosi się do jej opowiadania, mam nadzieję, że znajdziecie czas by rzucić okiem, i wam się spodoba.
Życzę miłych wakacji, dziękuję za cierpliwość i proszę o dalszą :)
Wiecznie spóźniona Erica.
Subskrybuj:
Posty (Atom)